06.06.2024, 21:04 ✶
Koło fortuny z Sennym Władcą i Panem Ambasadorem.
Uśmiecha tajemniczo na dźwięk jego słów i zarzekania się, że nigdy nie zajdzie do jej laboratorium. Przez chwilę nawet ma ochotę założyć się z nim, ile czasu zajmie mu nim złamie swoje postanowienie. Jest pewna, iż nie potrwa to długo, gdyż Senny Władca był niczym bumerang - odkąd raz wpadli na siebie, ten zawsze do niej wracał. Czy to aby naprzykrzyć się za młodych lat, czy zjawiając się na korytarzach szpitala, czy w innych okolicznościach, jakie rzucało im pod nogi życie.
- I tak do mnie przyjdziesz. Jesteśmy zaplątani w tę samą sieć, w której zawsze do mnie wracasz. - Mówi tonem wskazującym na to, iż mówi o oczywistości tak oczywistej, iż aż było to bolesne. I nie chodzi jej wcale o cielesne uniesienia - i bez nich powracał do niej, niczym ćma wabiona blaskiem płomienia. Jednocześnie zielone oczy błyszczą niemym wyzwaniem. Czy właśnie wyzywa go na pojedynek? Być może. Czy jest pewna zasad gry, do jakiej go wzywa? Absolutnie nie, to jednak nie sprawia, iż rozgrywka jest mniej przyjemna. Wręcz przeciwnie - urozmaica ją, dodając smaku oraz braku przewidywalności.
Koła wprawione ruch zdają się tańczyć w powietrzu. Wirować w rytm tylko sobie znanej melodii, by stać się zwiastunem szczęścia bądź rozczarowania… A Vera nie odsuwa się, gdy ten wyciąga ku niej dłoń. Nie oblewa się również rumieńcem, nie jest przecie pierwszą lepszą trzpiotką. Miast tego unosi smukłą dłoń, by przesunąć palcem po jego żuchwie.
Powoli. Niespiesznie.
- Byłby to istny dualizm wyznania. Z jednej strony modliliby się do ciebie, byś obdarzył swoim darem ich wroga… Z drugiej nienawidzilby cię, gdy tym darem obdarzył byś ich samych. Lubisz tragizm, czyż nie? - Odpowiada, gotowa dalej podejmować te słowne gry i giereczki, zainteresowana nimi bardziej niż wygranymi eliksirami - te zwykle nie robią na niej wrażenia, gdyż zna ich receptury.
- Shafiq? Pierwsze słyszę. - Odpowiada, choć ton jej głosu wskazuje na żart. Zjazd absolwentów nie dość, że wybrał sobie nietypowe miejsce, to jeszcze składać się miał z twarzy doskonale znanych i lubianych.
Potwierdza to fakt, że Vera szybko ginie w męskich ramionach i obcałowuje jego policzki, w imię cichej, niepisanej między nimi tradycji.
- Anthony, mój drogi, jeszcze zarumienię się od tych komplementów. - Mówi z rozbawieniem, spojrzenie kierując w stronę Sennego Władcy. Czy wie? Vera nie wie, nie przejmuje się tym jednak w ogóle a jeśli będzie grzeczny, możliwe, że kiedyś wyjaśni. O ile inne rzeczy nie zaprzątają jej przeciążonego umysłu. - Nie bardziej niż zwykle. - Odpowiada pogodnie na pytanie, dotyczące naprzykrzania się. Vera Travers jest kobietą, która potrafi sobie poradzić niezależnie czy chodzi o niegrzecnych chłopców, szowinistycznych naukowców czy krwiożercze wilkołaki, znajduje jednak w tym pytaniu pewien urok.
- Dobrze wiesz, że z win pijam jedynie Primitivo. - Dla potwierdzenia swoich słów unosi delikatnie trzymany w dłoni kieliszek. Kbiety takie jak Vera Travers zdają się być marką samą w sobie, zaś każdy ich element dopasowany jest do obecnej prezencji. W masce jaką Vera przyjmuje na codzień nie ma miejsca na choćby najmniejsze błędy bądź odstąpienia. Wszystko jest przemyślane i wszystko ze sobą współgra - subtelne, wiśniowe perfumy korelują z karminem szminki, ta zaś pasuje idealnie do wina w kieliszku. Taka właśnie miała być - spójna, niczym wyjęta z najpiękniejszego obrazka.
Uśmiecha tajemniczo na dźwięk jego słów i zarzekania się, że nigdy nie zajdzie do jej laboratorium. Przez chwilę nawet ma ochotę założyć się z nim, ile czasu zajmie mu nim złamie swoje postanowienie. Jest pewna, iż nie potrwa to długo, gdyż Senny Władca był niczym bumerang - odkąd raz wpadli na siebie, ten zawsze do niej wracał. Czy to aby naprzykrzyć się za młodych lat, czy zjawiając się na korytarzach szpitala, czy w innych okolicznościach, jakie rzucało im pod nogi życie.
- I tak do mnie przyjdziesz. Jesteśmy zaplątani w tę samą sieć, w której zawsze do mnie wracasz. - Mówi tonem wskazującym na to, iż mówi o oczywistości tak oczywistej, iż aż było to bolesne. I nie chodzi jej wcale o cielesne uniesienia - i bez nich powracał do niej, niczym ćma wabiona blaskiem płomienia. Jednocześnie zielone oczy błyszczą niemym wyzwaniem. Czy właśnie wyzywa go na pojedynek? Być może. Czy jest pewna zasad gry, do jakiej go wzywa? Absolutnie nie, to jednak nie sprawia, iż rozgrywka jest mniej przyjemna. Wręcz przeciwnie - urozmaica ją, dodając smaku oraz braku przewidywalności.
Koła wprawione ruch zdają się tańczyć w powietrzu. Wirować w rytm tylko sobie znanej melodii, by stać się zwiastunem szczęścia bądź rozczarowania… A Vera nie odsuwa się, gdy ten wyciąga ku niej dłoń. Nie oblewa się również rumieńcem, nie jest przecie pierwszą lepszą trzpiotką. Miast tego unosi smukłą dłoń, by przesunąć palcem po jego żuchwie.
Powoli. Niespiesznie.
- Byłby to istny dualizm wyznania. Z jednej strony modliliby się do ciebie, byś obdarzył swoim darem ich wroga… Z drugiej nienawidzilby cię, gdy tym darem obdarzył byś ich samych. Lubisz tragizm, czyż nie? - Odpowiada, gotowa dalej podejmować te słowne gry i giereczki, zainteresowana nimi bardziej niż wygranymi eliksirami - te zwykle nie robią na niej wrażenia, gdyż zna ich receptury.
- Shafiq? Pierwsze słyszę. - Odpowiada, choć ton jej głosu wskazuje na żart. Zjazd absolwentów nie dość, że wybrał sobie nietypowe miejsce, to jeszcze składać się miał z twarzy doskonale znanych i lubianych.
Potwierdza to fakt, że Vera szybko ginie w męskich ramionach i obcałowuje jego policzki, w imię cichej, niepisanej między nimi tradycji.
- Anthony, mój drogi, jeszcze zarumienię się od tych komplementów. - Mówi z rozbawieniem, spojrzenie kierując w stronę Sennego Władcy. Czy wie? Vera nie wie, nie przejmuje się tym jednak w ogóle a jeśli będzie grzeczny, możliwe, że kiedyś wyjaśni. O ile inne rzeczy nie zaprzątają jej przeciążonego umysłu. - Nie bardziej niż zwykle. - Odpowiada pogodnie na pytanie, dotyczące naprzykrzania się. Vera Travers jest kobietą, która potrafi sobie poradzić niezależnie czy chodzi o niegrzecnych chłopców, szowinistycznych naukowców czy krwiożercze wilkołaki, znajduje jednak w tym pytaniu pewien urok.
- Dobrze wiesz, że z win pijam jedynie Primitivo. - Dla potwierdzenia swoich słów unosi delikatnie trzymany w dłoni kieliszek. Kbiety takie jak Vera Travers zdają się być marką samą w sobie, zaś każdy ich element dopasowany jest do obecnej prezencji. W masce jaką Vera przyjmuje na codzień nie ma miejsca na choćby najmniejsze błędy bądź odstąpienia. Wszystko jest przemyślane i wszystko ze sobą współgra - subtelne, wiśniowe perfumy korelują z karminem szminki, ta zaś pasuje idealnie do wina w kieliszku. Taka właśnie miała być - spójna, niczym wyjęta z najpiękniejszego obrazka.