06.06.2024, 22:33 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.06.2024, 23:35 przez Cameron Lupin.)
Nigdy nie był fanem sportu. Pierwsze negatywne wspomnienia związane z ćwiczeniami na świeżym powietrzu sięgały czasów bardzo wczesnej młodości, kiedy to państwo Lupin upierali się, aby zabierać swoje pociechy na rodzinne wyjazdy do lasu celem nawiązania bliższej relacji z naturą.
Nie mam pojęcia, jak robactwo w śpiworze się do tego może zaliczać, myślał nie raz Cameron, wzdrygając się za każdym razem, gdy ktoś poruszał temat tych wypraw w domu. Nie przepadał za nimi, a przez to, że był najmłodszy z rodzeństwa, poniekąd najbardziej wówczas cierpiał. Rodzeństwo miało trochę więcej czasu, żeby się... zahartować.
Jakby tego było mało, chłopak nabawił się też lęku wysokości, który objawił się już w pierwszych latach nauki w Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie, kiedy to był zmuszony brać udział w obowiązkowych zajęciach z Latania. Ugh, cóż to był za koszmar. Nauka latania na miotle powinna być dla czarodziejów i czarownic czymś zupełnie naturalnym, jednak Cameron był najlepszym dowodem na to, że niektórzy powinni trzymać się z dala od mioteł i quidditcha.
— Wiesz, moja też do najczystszych nie należy. — Wzruszył ramionami, uśmiechając się przy tym półgębkiem. Co jak co, ale akurat statusem krwi zbytnio się nie przejmował. Większym problemem była płynność finansowa rodziny. Prowadzenie apteki pochłaniało ogromne kwoty, biorąc pod uwagę, że przedsiębiorstwo znajdowało się w centrum magicznego Londynu. — To pewnie przez te brudne myśli. Może to dziedziczne?
Próbował zażartować, jednak zaraz zamarł, gdy nawiedziła okropna myśl... Czy któreś z ich rodziców mogło w przeszłości wylądować w podobnym układzie, w jakim funkcjonowali on, Heather i Charles? Aż go na moment zamroczyło. Potrząsnął parokrotnie głową, odsuwając od siebie te przemyślenia. Naprawdę wolał nie wiedzieć, co wyprawiało pokolenie ich rodziców za młodu, zarówno podczas nauki w Hogwarcie, jak i po osiągnięciu statusu absolwentów.
— W sumie racja. — Pokiwał głową. — Chociaż lubię myśleć, że przynajmniej byś spytała czy możesz. I zaczerwieniła się jak piętnastolatka, która pierwszy raz idzie z kimś na randkę. — Uniósł oczy ku niebu, szczerząc zęby do Heather. Po chwili zerknął w kierunku drzew. — Eee... Nie wiem? Niektórzy ludzie czasem gadają do kwiatków. Cecylka chyba tak robiła parę razy. Myślisz, że z drzewami działa to podobnie? — Uniósł pytająco brew. — No, chyba że pytasz o inny rodzaj... bliskości.
Nie mam pojęcia, jak robactwo w śpiworze się do tego może zaliczać, myślał nie raz Cameron, wzdrygając się za każdym razem, gdy ktoś poruszał temat tych wypraw w domu. Nie przepadał za nimi, a przez to, że był najmłodszy z rodzeństwa, poniekąd najbardziej wówczas cierpiał. Rodzeństwo miało trochę więcej czasu, żeby się... zahartować.
Jakby tego było mało, chłopak nabawił się też lęku wysokości, który objawił się już w pierwszych latach nauki w Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie, kiedy to był zmuszony brać udział w obowiązkowych zajęciach z Latania. Ugh, cóż to był za koszmar. Nauka latania na miotle powinna być dla czarodziejów i czarownic czymś zupełnie naturalnym, jednak Cameron był najlepszym dowodem na to, że niektórzy powinni trzymać się z dala od mioteł i quidditcha.
— Wiesz, moja też do najczystszych nie należy. — Wzruszył ramionami, uśmiechając się przy tym półgębkiem. Co jak co, ale akurat statusem krwi zbytnio się nie przejmował. Większym problemem była płynność finansowa rodziny. Prowadzenie apteki pochłaniało ogromne kwoty, biorąc pod uwagę, że przedsiębiorstwo znajdowało się w centrum magicznego Londynu. — To pewnie przez te brudne myśli. Może to dziedziczne?
Próbował zażartować, jednak zaraz zamarł, gdy nawiedziła okropna myśl... Czy któreś z ich rodziców mogło w przeszłości wylądować w podobnym układzie, w jakim funkcjonowali on, Heather i Charles? Aż go na moment zamroczyło. Potrząsnął parokrotnie głową, odsuwając od siebie te przemyślenia. Naprawdę wolał nie wiedzieć, co wyprawiało pokolenie ich rodziców za młodu, zarówno podczas nauki w Hogwarcie, jak i po osiągnięciu statusu absolwentów.
— W sumie racja. — Pokiwał głową. — Chociaż lubię myśleć, że przynajmniej byś spytała czy możesz. I zaczerwieniła się jak piętnastolatka, która pierwszy raz idzie z kimś na randkę. — Uniósł oczy ku niebu, szczerząc zęby do Heather. Po chwili zerknął w kierunku drzew. — Eee... Nie wiem? Niektórzy ludzie czasem gadają do kwiatków. Cecylka chyba tak robiła parę razy. Myślisz, że z drzewami działa to podobnie? — Uniósł pytająco brew. — No, chyba że pytasz o inny rodzaj... bliskości.