07.06.2024, 02:38 ✶
Trochę chyba była zbyt optymistyczna i w swojej chęci zlokalizowania zagubionych dziewczyn, jak i w samym fakcie że postanowiła się nad tą skarpą pochylić. Ziemia poddała się, zabierając ze sobą jej ciało. Cóż, przynajmniej miała ładną podróż w dół, bo transmutowane przez Peppę listki tak urokliwie teraz świeciły.
Upadła na plecy, czując jak impet wyciska z niej powietrze, a ból rozlewa się po całym ciele z paraliżującym wręcz efektem. Czy ona w ogóle jeszcze żyła? Jeśli tak to miała szczerą nadzieję, że nie skończy tak reszty życia. Czaszka Robertsa wysunęła się z jej dłoni i potoczyła gdzieś w bok, na miękką trawę. Szkoda, przynajmniej miałaby w swoim nieszczęściu towarzystwo.
Ciężko było jej powiedzieć czy bała się tego momentu. Samej śmierci chyba nie, ale tego co było po drugiej stronie? Limba? Tego już bardziej. Bezkresne obrazy nawiedzające ją w najmniej oczekiwanych momentach zawsze były jej zmorą. Ale teraz było całkiem ładnie. Zielono i słonecznie.
Nie była w stanie złapać oddechu, bo każda próba kończyła się nową falą bólu. Umysł dryfował powoli w nieznane, ale przynajmniej udało jej się jeszcze uchwycić dwóch rzeczy. Po pierwsze, było jej szkoda, że to miejsce przywitało ją tak chętnie, a teraz musiała tutaj zdechnąć. Po drugie, miała rację. Chciała to tryumfalnie wykrzyczeć Morpheusowi ze swojego dołka, ale nie dała rady. To nie on miał tu umrzeć i co najwyżej będzie to ona.
Nie ma za co.
Obraz zamazywał się, ale doszło do niej, że ktoś nad nią kuca. Alexander? Dobre sobie, był przecież zajęty swoją słodką Lorettą, niepomny na to jak ona go mocno kochała. Ale mimo tej świadomości nie czuła zawodu czy rozczarowania. Może właśnie to robiło z nią Windermere - sprawiało że ta jej miłość była bezrefleksyjna i niezdolna do poddania się, zupełnie tak jak kiedyś.
Pochylająca się nad nią kobieca sylwetka szeptała coś do niej. Głos miała przyjemny, wręcz kojący, ale nawet jeśli znajdowała się tuż obok, słowa docierały z bardzo daleka. Ale nie z miejsca, uświadomiła sobie w pewnym momencie, chodzi o czas.
Tylko czemu musiały to być jakieś wierszyki pomagające zapamiętać zawartość zielnika? W szkole nigdy nie była orłem z zielarstwa i mogła co najwyżej liczyć, że zjawa nie chciała jej tutaj trochę pooszukiwać. Jeśli natomiast mówiła prawdę, to by się jej przydała cała tona tej pokrzywy czy szałwii, bo czuła się jakby każda kość w jej ciele trzymała się właśnie na słowo honoru.
Przynajmniej ładnie tu było, bo pochylały się nad nią dzwoneczki, kołysała naparstnica, a białe róże wiły dookoła rąk. Miała tylko nadzieję, że specjalnie dla niej pozbawiły się cierni, bo nie chciała dodatkowo ich potem z siebie wyciągać. Ale kiedy tak rozmyślała nad tymi kwiatami, to zdała sobie sprawę że ból powoli mija, a oddech pogłębia. Jak słodko.
McKinnon poruszyła się, próbując wyswobodzić z kwiecistych więzów, ale bez przesadnej agresji. Chciała zwyczajnie wysunąć się z nich, nie niszcząc ich przy tym. Odwróciła też głowę, kierując ją w stronę ołtarza, na którym złożone były zwłoki kobiety. Zielarka Triona podpowiadał napis na kamieniu. Przynajmniej teraz wiedziała jak miała na imię.
Ambrosia usiadła, dając sobie nieco czasu, chwilowo nie chcąc wstawać. Może i potrafiła być hop do przodu, ale teraz wszystko zdawało się drżeć na samo wspomnienie upadku. Najwyraźniej to właśnie ta zielarka jeszcze chwilę wcześniej pokazała się jej, prowadząc do tego miejsca. Teraz natomiast, blondynka zwróciła twarz w kierunku zjawy, a jeśli jej nie było, odwróciła się w stronę jej ciała złożonego na ołtarzu.
- Triona? Słyszysz mnie? - a może jesteś tylko echem przeszłości? Duchem, który spogląda w moją stronę zza zasłony limbo?
Upadła na plecy, czując jak impet wyciska z niej powietrze, a ból rozlewa się po całym ciele z paraliżującym wręcz efektem. Czy ona w ogóle jeszcze żyła? Jeśli tak to miała szczerą nadzieję, że nie skończy tak reszty życia. Czaszka Robertsa wysunęła się z jej dłoni i potoczyła gdzieś w bok, na miękką trawę. Szkoda, przynajmniej miałaby w swoim nieszczęściu towarzystwo.
Ciężko było jej powiedzieć czy bała się tego momentu. Samej śmierci chyba nie, ale tego co było po drugiej stronie? Limba? Tego już bardziej. Bezkresne obrazy nawiedzające ją w najmniej oczekiwanych momentach zawsze były jej zmorą. Ale teraz było całkiem ładnie. Zielono i słonecznie.
Nie była w stanie złapać oddechu, bo każda próba kończyła się nową falą bólu. Umysł dryfował powoli w nieznane, ale przynajmniej udało jej się jeszcze uchwycić dwóch rzeczy. Po pierwsze, było jej szkoda, że to miejsce przywitało ją tak chętnie, a teraz musiała tutaj zdechnąć. Po drugie, miała rację. Chciała to tryumfalnie wykrzyczeć Morpheusowi ze swojego dołka, ale nie dała rady. To nie on miał tu umrzeć i co najwyżej będzie to ona.
Nie ma za co.
Obraz zamazywał się, ale doszło do niej, że ktoś nad nią kuca. Alexander? Dobre sobie, był przecież zajęty swoją słodką Lorettą, niepomny na to jak ona go mocno kochała. Ale mimo tej świadomości nie czuła zawodu czy rozczarowania. Może właśnie to robiło z nią Windermere - sprawiało że ta jej miłość była bezrefleksyjna i niezdolna do poddania się, zupełnie tak jak kiedyś.
Pochylająca się nad nią kobieca sylwetka szeptała coś do niej. Głos miała przyjemny, wręcz kojący, ale nawet jeśli znajdowała się tuż obok, słowa docierały z bardzo daleka. Ale nie z miejsca, uświadomiła sobie w pewnym momencie, chodzi o czas.
Tylko czemu musiały to być jakieś wierszyki pomagające zapamiętać zawartość zielnika? W szkole nigdy nie była orłem z zielarstwa i mogła co najwyżej liczyć, że zjawa nie chciała jej tutaj trochę pooszukiwać. Jeśli natomiast mówiła prawdę, to by się jej przydała cała tona tej pokrzywy czy szałwii, bo czuła się jakby każda kość w jej ciele trzymała się właśnie na słowo honoru.
Przynajmniej ładnie tu było, bo pochylały się nad nią dzwoneczki, kołysała naparstnica, a białe róże wiły dookoła rąk. Miała tylko nadzieję, że specjalnie dla niej pozbawiły się cierni, bo nie chciała dodatkowo ich potem z siebie wyciągać. Ale kiedy tak rozmyślała nad tymi kwiatami, to zdała sobie sprawę że ból powoli mija, a oddech pogłębia. Jak słodko.
McKinnon poruszyła się, próbując wyswobodzić z kwiecistych więzów, ale bez przesadnej agresji. Chciała zwyczajnie wysunąć się z nich, nie niszcząc ich przy tym. Odwróciła też głowę, kierując ją w stronę ołtarza, na którym złożone były zwłoki kobiety. Zielarka Triona podpowiadał napis na kamieniu. Przynajmniej teraz wiedziała jak miała na imię.
Ambrosia usiadła, dając sobie nieco czasu, chwilowo nie chcąc wstawać. Może i potrafiła być hop do przodu, ale teraz wszystko zdawało się drżeć na samo wspomnienie upadku. Najwyraźniej to właśnie ta zielarka jeszcze chwilę wcześniej pokazała się jej, prowadząc do tego miejsca. Teraz natomiast, blondynka zwróciła twarz w kierunku zjawy, a jeśli jej nie było, odwróciła się w stronę jej ciała złożonego na ołtarzu.
- Triona? Słyszysz mnie? - a może jesteś tylko echem przeszłości? Duchem, który spogląda w moją stronę zza zasłony limbo?
she was a gentle
sort of horror
sort of horror