Przesympatyczna scena, w której dwójka znajomych raczy się winem - naprawdę dobrym winem - rozmawiają sobie na przeróżne tematy, jeden daje radę drugiemu, drugi słucha uważnie, przecież grzecznie dziękuje, zapisuje sobie w pamięci adnotację do następnego spotkania. Sam fakt zajęcia miejsca obok tego człowieka był sam w sobie chory, a przecież wyglądało to wszystko tak naturalnie. Laurent jakoś nie wątpił, że siadając z Kieranem może się znaleźć przynajmniej jedna osoba, która zapisze sobie w pamięci, że Prewetta lepiej nie tykać, bo siedzi Z NIM, a trzech kolejnych pomyśli, że trzeba mu wpierdolić. Z tego samego - bo siedzi z nim. Proporcje mogły być różne, ale może celowo została wybrana właśnie ta knajpka bo znajdowała się na jakimś bardziej neutralnym terenie? Gdzieś, gdzie Avery nie był rzeczywiście kojarzony? Tak w razie gdyby Laurentowi przyszło do głowy coś namieszać... i przyszło, oczywiście, że tak. Jednocześnie przychodziło mu też do głowy, jakie to było niebezpieczne i jak bardzo mógł na siebie zwrócić uwagę nie tylko Dantego, ale i innych osób, z którymi spotykać się nie chciał. Jak na przykład z Fontaine.
- Obiecuję, Kochanie, następnym razem się dla ciebie bardziej postaram. - Nie miało szans wyjść to filuternie, bo był na to zbyt napięty, a to spojrzenie szarych oczu wcale tego nie poprawiało. Padło więc jako suche zdanie, kiedy sam skupiał się na uczuciu ściskania żołądka a przyjemnym rozgrzaniem, jakie pozostawiało po sobie zdradliwe wino. Zdradliwe, bo bardzo łatwo było zacząć się chwiać na własnych nogach dokładnie w momencie wstania, chociaż podczas popijania go wszystko było w najlepszym porządku. Na następne pouczenie na jego twarzy pojawił się niemal drwiący uśmiech. Nie dlatego, że rzeczywiście kpił sobie z Averyego, a dlatego, jakie to ironiczne się wydawało. Jak wiele wiedzy potrzeba było, żeby przewidzieć własną śmierć? A może właśnie Dante ją przewidywał, dlatego uszedł z tego z życiem? Najbardziej pojebane było to, że Laurent naprawdę poczuł ulgę, kiedy się dowiedział, że Dante żyje. Szybko przerodziło się to w tragedię. - Tak, to prawda. I dziękuję za troskę. Zapiszę ją głęboko w moim sercu. - Albo nigdzie. Tym nie mniej nie ważne, jak dziwaczna ta rozmowa była i mimo tego, że zupełnie nie wiedział, o chodziło Kieranowi to nie mógłby nie przyznać mu racji ani w tej, hm... MIŁEJ poradzie, jaką wystosował ani w tym, że wiedza była potęgą. Laurentowi zostawała tylko ona w radzeniu sobie z sytuacjami wszelakimi. Wypił kolejny łyk wina. Powoli działało; z błogosławieństwem topionej w alkoholu krwi.
- Bardziej? - Drgnęły mu kąciki ust w tym wystosowanym żarcie. Bezwstydność ułożyła się w jego naturze wobec człowieka, który... może wiedział wszystko, może jego oczy widziały więcej niż powinny, ale na pewno wobec osoby, która i tak znała wspólny mianownik tej opowieści. To było wstydliwe tylko za murami tej knajpy. - Jak ładnie ujęte. Kredyt zaufania... Jestem przekonany, że masz na ten temat ciekawsze przemyślenia. - Zakuło go w tył głowy - nie wiedział, co Dante robił z ludźmi, którzy zaleźli mu za skórę. I nie chciał wiedzieć. Prawie się zakrztusił na następne słowa. Odkaszlnął, patrząc z niedowierzaniem przemieszanym z pobłażliwością na Kierana. - Ooo, ja jestem pewien, co mogłoby chodzić temu staremu zboczeńcowi po głowie. - Przystojnemu staremu zboczeńcowi. Jakie to było wszystko pokurwienie smutne. - Tylko co to za kara, która jest przyjemnością. - Wykrzywił paskudnie usta w wulgarnym wręcz uśmieszku. - Dante będzie musiał spać z niezaspokojoną ciekawością. - Odpowiedział już normalniej, jakby przeszło mu pełnie niedowierzania rozbawienie tym, w którą stronę to skręciło.