07.06.2024, 14:11 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.06.2024, 16:39 przez Basilius Prewett.)
Gdyby Basilius był świadomy tego co robił, to już teraz zacząłby się modlić o to, by nic z tego pobytu w Departamencie Sprawiedliwości nie pamiętał. Na całe szczęście dla obecnego niego, i na nieszczęście dla normalnego Basiliusa, nawet mu to przez myśl nie przeszło. Czemu miałoby, gdy dzień był taki piękny, a jemu przyszło go spędzać z jego nowa najlepsza przyjaciółką z BUMu, która nie dość, że pochwaliła jego plan na przechytrzenie uzdrowiciela, to jeszcze pocieszyła go, że eliksir był nie smaczny, więc i tak nie chciałby go wypić. Longbottomowie to jednak był ich skarb narodowy.
Gdy padło nazwisko rodziny, coś musiało ewidentnie się przebić przez gęstą mgłę, otaczającą mózg Prewetta, bo uzdrowiciel nagle zmarszczył brwi i spoważniał. Czy ty olaszałeś? Zostaw te różdżkę, albo przysięgam, że... – Jakiś kobiecy głos krzyczał mu w głowie, ale Basilius nie mógł za cholerę zrozumieć do kogo należał, ani czemu w ogóle coś krzyczał.
– Tatcher – wymamrotał pod nosem, patrząc na Brennę nieco zaniepokojony. – Tak. Oczywiście.
Zaraz... Czemu przez chwilę czuł się taki zmartwiony, jakby stało się coś złego. Już nie pamiętał.
– Przepraszam. Nie chciałem – wymamrotał spuszczając głowę, słysząc, że podobno oskarżał ją o kłamstwo. Schylił się ku podłodze i wręczył jej jedną z leżących kart, była to królowa z wizerunkiem ptaka dodo. – Proszę dla ciebie. Na przeprosiny. To kakadu.
Basilius nigdy wcześniej, ani później, w swoim życiu nie przypuszczałby, że byłby w stanie zrobić gwiazdę, która może nie wyszła mu idealnie, ale była całkiem niezła. Czuł się teraz panem akrobatyki, mistrzem sztuki cyrkowej, który powinien rzucić uzdrowicielstwo, na rzecz uleczania ludzkich emocji swoimi widowiskowymi gwiazdami. Z tego wszystkiego nawet nie zauważył, że z kieszeni płaszcza wypadło mu kilka żetonów do pokera, sam nie wiedział skąd je miał, musiał kiedyś niechcący zabrać z jakiegoś kasyna, jak i trzecia talia kart, jeszcze nieodpakowana, bo dzisiaj ją kupił i tylko dlatego miał przy sobie, aż trzy talie. Nie był przecież nienormalny.
Niestety zamiast bić brawo Brenna jakoś tak dziwnie pobladła i opadła na krzesło. Może jednak szkoda, że nie było tu Millie. Był pewny, że Millie by doceniła.
– Wszystko w porządku? – spytał zmartwiony, siadając obok niej, bo po pierwsze go o to prosiła, a po drugie i on poczuł się jakoś nagle nieco bardziej zmęczony. – Widzisz? Mówiłem ci, że coś ci jest, a ty nie chciałaś się mnie słuchać. Pobladałaś, tak jak ten niebieski facet w domu Fletcherów. To ta klątwa Brenno. Głupio nie? Być tak przeklętym. W sumie to szkoda, że Millie nie postawiła mi wtedy tego tarota dla nas, ale bałem się, że spyta się o coś głupiego, bo wiesz jaka jest Millie.
Gdy padło nazwisko rodziny, coś musiało ewidentnie się przebić przez gęstą mgłę, otaczającą mózg Prewetta, bo uzdrowiciel nagle zmarszczył brwi i spoważniał. Czy ty olaszałeś? Zostaw te różdżkę, albo przysięgam, że... – Jakiś kobiecy głos krzyczał mu w głowie, ale Basilius nie mógł za cholerę zrozumieć do kogo należał, ani czemu w ogóle coś krzyczał.
– Tatcher – wymamrotał pod nosem, patrząc na Brennę nieco zaniepokojony. – Tak. Oczywiście.
Zaraz... Czemu przez chwilę czuł się taki zmartwiony, jakby stało się coś złego. Już nie pamiętał.
– Przepraszam. Nie chciałem – wymamrotał spuszczając głowę, słysząc, że podobno oskarżał ją o kłamstwo. Schylił się ku podłodze i wręczył jej jedną z leżących kart, była to królowa z wizerunkiem ptaka dodo. – Proszę dla ciebie. Na przeprosiny. To kakadu.
Basilius nigdy wcześniej, ani później, w swoim życiu nie przypuszczałby, że byłby w stanie zrobić gwiazdę, która może nie wyszła mu idealnie, ale była całkiem niezła. Czuł się teraz panem akrobatyki, mistrzem sztuki cyrkowej, który powinien rzucić uzdrowicielstwo, na rzecz uleczania ludzkich emocji swoimi widowiskowymi gwiazdami. Z tego wszystkiego nawet nie zauważył, że z kieszeni płaszcza wypadło mu kilka żetonów do pokera, sam nie wiedział skąd je miał, musiał kiedyś niechcący zabrać z jakiegoś kasyna, jak i trzecia talia kart, jeszcze nieodpakowana, bo dzisiaj ją kupił i tylko dlatego miał przy sobie, aż trzy talie. Nie był przecież nienormalny.
Niestety zamiast bić brawo Brenna jakoś tak dziwnie pobladła i opadła na krzesło. Może jednak szkoda, że nie było tu Millie. Był pewny, że Millie by doceniła.
– Wszystko w porządku? – spytał zmartwiony, siadając obok niej, bo po pierwsze go o to prosiła, a po drugie i on poczuł się jakoś nagle nieco bardziej zmęczony. – Widzisz? Mówiłem ci, że coś ci jest, a ty nie chciałaś się mnie słuchać. Pobladałaś, tak jak ten niebieski facet w domu Fletcherów. To ta klątwa Brenno. Głupio nie? Być tak przeklętym. W sumie to szkoda, że Millie nie postawiła mi wtedy tego tarota dla nas, ale bałem się, że spyta się o coś głupiego, bo wiesz jaka jest Millie.