01.01.2023, 23:20 ✶
- Nie chcę się ciebie bać - powiedział słabo, wpatrując się w swoje ręce, bardziej dlatego, że było mu głupio, że tak zareagował, a Sauriel dość szybko to wyczuł. Jak zresztą nie miał, skoro praktycznie żywił się strachem na śniadanie. Albo kolację, patrząc na porę, o której wampiry budziły się do „życia”. Tylko cóż to było za życie ograniczone do strachu przed słońcem i potrzeby zdobywania krwi? Właściwie chyba niewiele się to różniło od lęku przed postawieniem się ojcu i poszukiwania wrażeń w zapyziałych spelunach. - Nawet nie dałeś mi ku temu powodu, nie rozumiem tego.
Instynkt. Tak to nazwał Sauriel. Uczucie, które zawładnęło Fergusem, gdy tylko usłyszał, że Rookwood wybrałby go na swoją ofiarę. I najwyraźniej to była ta pierwsza w życiu odpowiedź, na którą nie był gotowy. A mimo to nadal chciał drążyć.
- W sumie dlaczego mnie?
Bo był łatwą ofiarą? Bo sam do niego przyszedł? Bo po prostu go znał? Czy tak się właśnie czuje ta słaba gazela w chwili, gdy sobie uświadomi, że nie jest w stanie uciec przed lwem? Tylko co w chwili, gdy wcale nie chce tego robić, bo pomimo instynktu wciąż wierzy, że drapieżnik jej nie skrzywdzi.
- Nie skrzywdzisz mnie - powiedział, wykrzesając z siebie tyle pewności siebie, ile potrafił. - Więc nie, Rookwood, nie pozbędziesz się mnie tak łatwo.
Być może właśnie tego potrzebował, uczucia adrenaliny pełzającego mu w żyłach, by w końcu zrozumieć, że cokolwiek może od niego zależeć. I tak, łatwo by było teraz wstać i wyjść, udowadniając Saurielowi, że jak zwykle się nie mylił.
Czy gdyby poszedł teraz na układ z jakimś diabłem, mógłby sobie wybrać losowy moment w życiu i zacząć od niego? Spełniłby marzenia, zamiast podążać za oczekiwaniami rodziców i robiłby teraz karierę gdzieś za granicą. Albo po prostu w porę zauważyłby, że coś nie tak działo się z Saurielem i w porę odciągnąłby go od rodziny, na tyle, na ile potrafił. Ale nie. Tkwił tu wahając się pomiędzy rozsądkiem a poczuciem przywiązania.
Odchylił się na krześle, krzyżując ręce na piersi i nie spuszczając wzroku z bruneta. Nawet się nie zorientował, że jego papieros w popielniczce zmienił się w rozżarzony pasek popiołu, który opadnie przy najdelikatniejszym ruchu.
- Nie pójdę stąd, bo cię potrzebuję - przyznał całkiem szczerze, bo niezależnie od tego, jak bardzo był zły i przerażony, czuł ulgę, że jego przyjaciel siedział tuż obok, nawet jeśli coś się w nim zmieniło. - I mam wrażenie, że ty też nie chcesz być sam.
Nawet gdyby go teraz wyprowadził siłą, albo wyniósł nieprzytomnego za fraki i zostawił gdzieś po środku niczego, wróciłby pytając o niego. Był zbyt uparty, żeby się poddać i miał dziwne wrażenie, że wlazłby do gniazda wampirów, byle tylko sprawdzić, czy czasem nie było tam Sauriela. Żołądek skręciłby mu się ze strachu i pewnie zginąłby na miejscu, bo nikt poza Rookwoodem nie czułby się w obowiązku zostawić Fergusa przy życiu, ale zrobiłby to. Skoro nie mógł mu pomóc wtedy, chciał przynajmniej teraz dotrzymywać mu towarzystwa. Głupie to było jak cholera, ale skoro bał się go nawet najlepszy kumpel, to jak bardzo samotny musiał się czuć? Czy to już podchodzi pod syndrom sztokholmski, kiedy ofierze jest szkoda oprawcy?
Czy to nie było naiwne, że wciąż chciał za nim podążać i na swój dziwny sposób o niego dbać? Gdyby wiedział, że i Sauriel myślał podobnie, pewnie by mu ulżyło. Bo w tych wszystkich wypada i nie wypada z całą pewnością na pierwszym miejscu znalazłaby się przyjaźń z wampirem. Nie kłótnie z rodziną, nie wzgarda wobec społecznych konwenansów czy związki z mężczyznami, a właśnie próba odnalezienia czegoś dobrego w stworze, który mógł zabić. Tyle że o wilkołakach mówiono to samo, a w odpowiednich warunkach nie były aż tak niebezpieczne, jakby się mogło wydawać. Nie powinien chyba porównywać jednego do drugiego, zwłaszcza że księżycowe stwory przemieniały się tylko w czasie pełni, a wampiry żerowały co noc. Nie jesteś taki, prawda, Sauriel?
Powinien to zakończyć. Wciąż siedział ze skrzyżowanymi rękoma, powstrzymując tym gestem drżenie dłoni i wpatrując się w Sauriela, jak gdyby sam widok jego twarzy miał mu dać odpowiedzi na wszystkie pytania.
- Naprawdę myślałem, że nie żyjesz - przyznał w końcu. - Tak całkiem, definitywnie. Zniknąłeś z powierzchni ziemi, rozpłynąłeś się. I wcale ci się nie dziwię, ale nie zmienia to faktu, że za tobą tęskniłem.
Po co mu to w ogóle mówił? Żeby wzbudzić w nim poczucie winy, czy ulżyć samemu sobie? Niemal natychmiast sięgnął po szklankę z whisky i wzorem Sauriela opróżnił ją jednym haustem. Na trzeźwo nie da rady dalej prowadzić tej rozmowy.
Instynkt. Tak to nazwał Sauriel. Uczucie, które zawładnęło Fergusem, gdy tylko usłyszał, że Rookwood wybrałby go na swoją ofiarę. I najwyraźniej to była ta pierwsza w życiu odpowiedź, na którą nie był gotowy. A mimo to nadal chciał drążyć.
- W sumie dlaczego mnie?
Bo był łatwą ofiarą? Bo sam do niego przyszedł? Bo po prostu go znał? Czy tak się właśnie czuje ta słaba gazela w chwili, gdy sobie uświadomi, że nie jest w stanie uciec przed lwem? Tylko co w chwili, gdy wcale nie chce tego robić, bo pomimo instynktu wciąż wierzy, że drapieżnik jej nie skrzywdzi.
- Nie skrzywdzisz mnie - powiedział, wykrzesając z siebie tyle pewności siebie, ile potrafił. - Więc nie, Rookwood, nie pozbędziesz się mnie tak łatwo.
Być może właśnie tego potrzebował, uczucia adrenaliny pełzającego mu w żyłach, by w końcu zrozumieć, że cokolwiek może od niego zależeć. I tak, łatwo by było teraz wstać i wyjść, udowadniając Saurielowi, że jak zwykle się nie mylił.
Czy gdyby poszedł teraz na układ z jakimś diabłem, mógłby sobie wybrać losowy moment w życiu i zacząć od niego? Spełniłby marzenia, zamiast podążać za oczekiwaniami rodziców i robiłby teraz karierę gdzieś za granicą. Albo po prostu w porę zauważyłby, że coś nie tak działo się z Saurielem i w porę odciągnąłby go od rodziny, na tyle, na ile potrafił. Ale nie. Tkwił tu wahając się pomiędzy rozsądkiem a poczuciem przywiązania.
Odchylił się na krześle, krzyżując ręce na piersi i nie spuszczając wzroku z bruneta. Nawet się nie zorientował, że jego papieros w popielniczce zmienił się w rozżarzony pasek popiołu, który opadnie przy najdelikatniejszym ruchu.
- Nie pójdę stąd, bo cię potrzebuję - przyznał całkiem szczerze, bo niezależnie od tego, jak bardzo był zły i przerażony, czuł ulgę, że jego przyjaciel siedział tuż obok, nawet jeśli coś się w nim zmieniło. - I mam wrażenie, że ty też nie chcesz być sam.
Nawet gdyby go teraz wyprowadził siłą, albo wyniósł nieprzytomnego za fraki i zostawił gdzieś po środku niczego, wróciłby pytając o niego. Był zbyt uparty, żeby się poddać i miał dziwne wrażenie, że wlazłby do gniazda wampirów, byle tylko sprawdzić, czy czasem nie było tam Sauriela. Żołądek skręciłby mu się ze strachu i pewnie zginąłby na miejscu, bo nikt poza Rookwoodem nie czułby się w obowiązku zostawić Fergusa przy życiu, ale zrobiłby to. Skoro nie mógł mu pomóc wtedy, chciał przynajmniej teraz dotrzymywać mu towarzystwa. Głupie to było jak cholera, ale skoro bał się go nawet najlepszy kumpel, to jak bardzo samotny musiał się czuć? Czy to już podchodzi pod syndrom sztokholmski, kiedy ofierze jest szkoda oprawcy?
Czy to nie było naiwne, że wciąż chciał za nim podążać i na swój dziwny sposób o niego dbać? Gdyby wiedział, że i Sauriel myślał podobnie, pewnie by mu ulżyło. Bo w tych wszystkich wypada i nie wypada z całą pewnością na pierwszym miejscu znalazłaby się przyjaźń z wampirem. Nie kłótnie z rodziną, nie wzgarda wobec społecznych konwenansów czy związki z mężczyznami, a właśnie próba odnalezienia czegoś dobrego w stworze, który mógł zabić. Tyle że o wilkołakach mówiono to samo, a w odpowiednich warunkach nie były aż tak niebezpieczne, jakby się mogło wydawać. Nie powinien chyba porównywać jednego do drugiego, zwłaszcza że księżycowe stwory przemieniały się tylko w czasie pełni, a wampiry żerowały co noc. Nie jesteś taki, prawda, Sauriel?
Powinien to zakończyć. Wciąż siedział ze skrzyżowanymi rękoma, powstrzymując tym gestem drżenie dłoni i wpatrując się w Sauriela, jak gdyby sam widok jego twarzy miał mu dać odpowiedzi na wszystkie pytania.
- Naprawdę myślałem, że nie żyjesz - przyznał w końcu. - Tak całkiem, definitywnie. Zniknąłeś z powierzchni ziemi, rozpłynąłeś się. I wcale ci się nie dziwię, ale nie zmienia to faktu, że za tobą tęskniłem.
Po co mu to w ogóle mówił? Żeby wzbudzić w nim poczucie winy, czy ulżyć samemu sobie? Niemal natychmiast sięgnął po szklankę z whisky i wzorem Sauriela opróżnił ją jednym haustem. Na trzeźwo nie da rady dalej prowadzić tej rozmowy.