07.06.2024, 16:06 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.06.2024, 10:02 przez Anthony Shafiq.)
W pierwszej chwili, gdy Morpheus powiedział, że ma dość, pomyślał, że chodzi o ich małą grę ze światem, w której udawali, że wcale nie są sobie tak bliscy. Maskarada była wygodna w wielu kwestiach, ale w głowie Anthony'ego od razu rozkwitły ścieżki, jak prośbę przyjaciela wcielić w życie, aby było to możliwie płynne i organiczne. Przejście od "dawni znajomi ze szkoły, którzy nie utrzymują za bardzo kontaktu" przez "znajomi z pracy" przez "dobrze nam się ze sobą współpracuje" po "przyjaźń do grobowej deski", jawiła mu się jako gruby skrypt scenariuszy do odegrania. Oczywiście oglądali dworek razem, zaraz mieli zostać już sąsiadami i obaj mieli już tak ugruntowane pozycje, że nie musieli dalej trzymać gardy, mogli swobodnie pokazywać światu, że... a nie, to chodziło o powrót do domu.
Anthony skrzętnie nie dał po sobie poznać ulgi wynikającej z faktu, że sam nie będzie musiał przyznać się do swojego tragicznego stanu. Płuca paliły go żywym ogniem, serce łopotało, a skóra nacechowana była nieprzyjemną, szczęśliwie równomierną śliskością. Dlatego też z uśmiechem kiwnął głową i przestał chojraczyć, w końcu nawet jeśli nie dotarli do celu, to bieg był lepszy niż jego brak w codziennej rutynie.
Umyty, pachnący na wyjścia bergamotką położoną na ziołowej mieszance ubogaconej białymi kwiatami i plastrem cydrowego drzewa, pojawił się na śniadaniu w piaskowym garniturze. Jego twarz była nieco ciemniejsza niż zwykle, nos i policzki zdobiły piegi, których zwykle pozbywał się za sprawą Potterowych magików. Wyglądał całkiem młodo, promieniście można by rzecz, w zupełnej kontrze do obrazu obmalowywanego w liście przez Jonathana, który oczywiście w końcu dotarł do Morpheusa, gdy ten odzyskał wzrok. Potrzebował więcej czasu niż zwykle, głównie po to by nie myśleć o Święcie Żniw i tym co go tam spotka. I tym kogo tam spotka. Unikał tych imprez, unikał tez określonych konfrontacji. I w tym roku miało go nie być, był ostatnim, który chciałby mieszać się w tłuszczę pod otwartym niebem i cieszyć się z tego z jakim sukcesem ścięto gdzieś na wsi rośliny z których potem robiono chleb. Ale od ponad doby nie mógł przestać o tym myśleć, jako o okazji, a przecież był świetny w widzeniu ich i wykorzystywaniu. Teraz, gdy nagle droga stała się otwarta, czekanie do końcówki sierpnia było torturą na jaką nie zamierzał się skazywać. Święto Żniw... koniec dla kłosów, ale początek dla niego. Kto wie, może nawet wieczorem napije się piwa. W określonych okolicznościach.
Dołączył do Morpheusa w niewielkim saloniku na parterze, zaprojektowanym podobnie do tego, w którym podejmował oficjalnych gości na Alei Horyzontalnej. Pofalowane pilastry z bogato rzeźbionymi w motywy liściaste głowicami różnicowały fakturę białych ścian. Nie brakowało w pomieszczeniu roślin. Zaraz po wejściu lekceważącym ruchem różdżki wprawił w ruch 24-strunową lutnię opartą wcześniej o krzesło w kącie, która teraz zaczęła uprzyjemniać swoim kolorem również przestrzeń dźwiękową.
Na stole znajdowało się niecodzienne śniadanie. Prócz zgodnej z warowniowymi standardami owsianki umieszczonej interesującym mariażem w małych eleganckich zgodnych z shafiqowymi standardami kokilkach były też ciepłe croissanty, dzbanek herbaty i... konfitura czereśniowa w nieoznaczonym słoiku wyglądającym zaskakująco swojsko. Na stole w honorowym miejscu znajdował się również lammasowy tradycyjny chleb, którego zdobny rumiany warkocz mógł zachwycić najmniej przekonaną do chleba duszę.
– Mam nadzieję, że się nie ograniczysz do Waszej rozgotowanej paszy. – zapytał Anthony życzliwe siadając obok i zaczynając dzień od wychylenia podwójnego espresso. – W sumie to jest rola gospodarza, ale myślę, że Tobie wyjdzie to o wiele lepiej... zaintonujesz modliltwę do Westy mój drogi? Nikt nie robi tego tak pięknie jak Ty. – Politykowi daleko było do osoby świętobliwej, czy nawet wierzącej, ale lubił tradycje i lubił głos Morpheusa, gdy ten oddawał się pieśni. A jeśli ten był o poranku w zasięgu ręki i przede wszystkim ucha... Grzechem byłoby nie skorzystać.
Anthony skrzętnie nie dał po sobie poznać ulgi wynikającej z faktu, że sam nie będzie musiał przyznać się do swojego tragicznego stanu. Płuca paliły go żywym ogniem, serce łopotało, a skóra nacechowana była nieprzyjemną, szczęśliwie równomierną śliskością. Dlatego też z uśmiechem kiwnął głową i przestał chojraczyć, w końcu nawet jeśli nie dotarli do celu, to bieg był lepszy niż jego brak w codziennej rutynie.
+++
Umyty, pachnący na wyjścia bergamotką położoną na ziołowej mieszance ubogaconej białymi kwiatami i plastrem cydrowego drzewa, pojawił się na śniadaniu w piaskowym garniturze. Jego twarz była nieco ciemniejsza niż zwykle, nos i policzki zdobiły piegi, których zwykle pozbywał się za sprawą Potterowych magików. Wyglądał całkiem młodo, promieniście można by rzecz, w zupełnej kontrze do obrazu obmalowywanego w liście przez Jonathana, który oczywiście w końcu dotarł do Morpheusa, gdy ten odzyskał wzrok. Potrzebował więcej czasu niż zwykle, głównie po to by nie myśleć o Święcie Żniw i tym co go tam spotka. I tym kogo tam spotka. Unikał tych imprez, unikał tez określonych konfrontacji. I w tym roku miało go nie być, był ostatnim, który chciałby mieszać się w tłuszczę pod otwartym niebem i cieszyć się z tego z jakim sukcesem ścięto gdzieś na wsi rośliny z których potem robiono chleb. Ale od ponad doby nie mógł przestać o tym myśleć, jako o okazji, a przecież był świetny w widzeniu ich i wykorzystywaniu. Teraz, gdy nagle droga stała się otwarta, czekanie do końcówki sierpnia było torturą na jaką nie zamierzał się skazywać. Święto Żniw... koniec dla kłosów, ale początek dla niego. Kto wie, może nawet wieczorem napije się piwa. W określonych okolicznościach.
Dołączył do Morpheusa w niewielkim saloniku na parterze, zaprojektowanym podobnie do tego, w którym podejmował oficjalnych gości na Alei Horyzontalnej. Pofalowane pilastry z bogato rzeźbionymi w motywy liściaste głowicami różnicowały fakturę białych ścian. Nie brakowało w pomieszczeniu roślin. Zaraz po wejściu lekceważącym ruchem różdżki wprawił w ruch 24-strunową lutnię opartą wcześniej o krzesło w kącie, która teraz zaczęła uprzyjemniać swoim kolorem również przestrzeń dźwiękową.
Na stole znajdowało się niecodzienne śniadanie. Prócz zgodnej z warowniowymi standardami owsianki umieszczonej interesującym mariażem w małych eleganckich zgodnych z shafiqowymi standardami kokilkach były też ciepłe croissanty, dzbanek herbaty i... konfitura czereśniowa w nieoznaczonym słoiku wyglądającym zaskakująco swojsko. Na stole w honorowym miejscu znajdował się również lammasowy tradycyjny chleb, którego zdobny rumiany warkocz mógł zachwycić najmniej przekonaną do chleba duszę.
– Mam nadzieję, że się nie ograniczysz do Waszej rozgotowanej paszy. – zapytał Anthony życzliwe siadając obok i zaczynając dzień od wychylenia podwójnego espresso. – W sumie to jest rola gospodarza, ale myślę, że Tobie wyjdzie to o wiele lepiej... zaintonujesz modliltwę do Westy mój drogi? Nikt nie robi tego tak pięknie jak Ty. – Politykowi daleko było do osoby świętobliwej, czy nawet wierzącej, ale lubił tradycje i lubił głos Morpheusa, gdy ten oddawał się pieśni. A jeśli ten był o poranku w zasięgu ręki i przede wszystkim ucha... Grzechem byłoby nie skorzystać.