07.06.2024, 20:53 ✶
Morpheus zareagował jako jeden z pierwszych. Wpierw utworzył magiczną barierę, pole energii, której zadaniem było zepchnięcie istniejącej chmury pyłu z powrotem do szczeliny. Udało mu się to - niewidzialna siła sprawiła, że żółta mgła cofnęła się z powrotem w kierunku pąków, nic im jednak nie robiąc. Pęd powietrza jednak sprawił, że miast w stronę gości, poleciała w drugą stronę i zaczęła się rozwiewać pod wpływem ruchu, nie robiąc nikomu krzywdy.
Anthony niemal w tym samym czasie odrzucił kieliszek i wyciągnął różdżkę. Niczym wprawiony dowódca zaczął wydawać rozkazy, a jego głos niósł się ponad krzykami gości i przerażonymi piskami dzieci. Dzieci...
- LISA! ANNA! - matka, którą wcześniej widziała Nora, rozglądała się w panice. Nigdzie nie widziała gromadki maluchów, które oddaliły się od namiotu, absolutnie niezainteresowane toastem. Toasty były wszak dla dorosłych, podobnie jak alkohol. Dla nich była szarlotka i słodkie jabłka: zarówno te soczyste, surowe, jak i te otoczone karmelem. Na szczęście wspomniana już Nora miała więcej oleju w głowie niż matka Anny czy tam Lisy - bo zamiast stać i gapić się na prawo i lewo jak cielę w niemalowane, po prostu zerwała się do biegu w kierunku dzieci. Wiedziała, gdzie są, bo widziała Lisę, gdy ta biegła w kierunku gromadki dzieciaków, okupujących jeden z koszyków przy płocie. Zdążyła jeszcze chwilę wcześniej przyjrzeć się roślinie, ale absolutnie jej nie rozpoznawała. Mimo iż była doskonała z zielarstwa, tak nie miała pojęcia, co to może być. Faktycznie przypominało trochę lianę, ale dokładniejszy rzut oka potwierdził obawy Figg: ta roślina była wypaczona, nie była naturalna. Musiała być magiczna lub zmutowana, chociaż patrząc na to, co ostatnio działo się z roślinnością - a szczególnie w Dolinie Godryka - to coś mówiło Norze, że pierwsza opcja była słuszna. Magicznie wypaczone pnącza lub nawet kłącza, a kwiaty... Kwiaty wyglądały na trujące, podobnie jak chmura dymu - świadczyły o tym jaskrawe kolory, które zwykle w naturze miały albo przyciągać do siebie istoty, albo je odstraszać. Jak było w tym przypadku? Nie wiedziała: ale była prawie pewna, że nikt nie chciałby znaleźć się w chmurze pyłu, który chwilę wcześniej wypluła roślina. Teraz jednak nie było czasu na to, żeby dywagować nad tym, jak bardzo trujące to mogło być: biegła ile sił w nogach w kierunku dzieciaków, które padły na ziemię, skulone i wystraszone, pokazując palcami na przerażającą roślinę. Nie ruszały się na razie z miejsca, ale były przerażone i płakały. Była ich łącznie piątka. Dziewczynka, która pomyliła ją z matką, druga dziewczynka która miała kruczoczarne włosy splecione w dwa długie warkocze oraz trzech chłopców w małych, czarnych szatkach ubrudzonych ziemią.
Przez jej bieg magiczny parasol Anthony'ego nie zdołał objąć Nory: objął jego samego, Morpheusa oraz dwójkę mężczyzn, którzy wcale nie wyglądali na tak lotnych towarzyszy, jacy byli im teraz potrzebni. Byli bladzi, chudzi, wyperfumowani i nie mieli tego odruchu, który mieli pozostali. Jeszcze nie sięgali po swoje różdżki, zamiast tego wpatrując się w przerażeniu w scenę, która rozgrywała się przed nimi. I... nie robili nic więcej.
Philip, który stał obok Penny i Pandory, machnął różdżką raz i drugi, lecz akurat teraz to narzędzie postanowiło być kapryśne i stęknąć z oburzeniem, gdy z jego krańca posypały się białe iskry. Nic się nie stało - dym rozwiewał się powoli, ale nie dzięki jego zaklęciu, a zaklęciu Morpheusa, który jako pierwszy chciał zepchnąć chmurę w szczelinę. Dopiero Isaac dokończył dzieła - po chmurze nie było śladu, a on sam mógł zgarnąć dwie młode czarownice i wskazać im wyjście z sadu Abbottów. Problem był jednak taki, że Isaac był sam, a ludzi było dużo. Większość kotłowała się w namiocie, a on sam zostawił Penny, której na szczęście nic większego się nie stało poza drobnym skaleczeniem w rękę. Być może gdyby nie ludzki odruch i gdyby się nie zasłoniła, to szkło wpadłoby jej w oko, ale tak się tym razem nie stało.
Można byłoby powiedzieć, że jest bezpieczna, ale nie. Kątem oka zauważyła, że jedna z macek z kwiatami wije się coraz szybciej i szybciej, spina się jak wąż gotowy do ataku i z zadziwiającą prędkością mknie ku niej tak szybko, jakby miała zamiar ją opleść i wydusić z niej życie.
Łącznie cztery macki zdołały wychynąć na powierzchnię. Jedna pędziła w kierunku Penny, dwie wiły się i jakby szykowały do ataku, a jedna szarpała się, ewidentnie chcąc ruszyć w kierunku zamkniętej części sadu, tam gdzie nikt poza Abbottami i ich gośćmi specjalnymi nie miał dostępu. Kwiaty na dwóch wijących się pnączach puchły coraz bardziej i bardziej, lecz jeszcze nie wybuchały, jakby potrzebowały czasu. Ale to była kwestia sekund, nie minut.
Tłum w namiocie niestety nie dostrzegł lub miał gdzieś Isaaca, który chciał wskazać im bezpieczne miejsce. Co więcej: nikt poza Norą zdawał się nie przejmować dziećmi. Każdy chciał ratować własną skórę, z tym że robili to bez ładu i składu. Senior Abbott oraz jego małżonka zniknęli gdzieś, nie wiadomo gdzie. Kilka osób się teleportowało, ale znaczna większość po prostu parła do przodu, popychając co wolniejsze osoby. Co najmniej dwie runęły na ziemię, narażając się na stratowanie. Stoły zostały odepchnięte, ktoś wyciągnął różdżkę. Panował tu istny, czysty chaos - jedzenie i alkohol wylądowały na ziemi i ludziach, część wydostała się z namiotu i biegła w kierunku wyjścia. Ktoś zaplątał się w sznurek przytrzymujący namiot. Czary unoszące go nad ziemią słabły, materiał zaczął niebezpiecznie zbliżać się w kierunku ludzi. Jeszcze chwila, a zostaną uwięzieni.
Odkryj wiadomość pozafabularną ![[Obrazek: 3a7accab00af17e9beb5b5d1b2b7312d.jpg]](https://i.pinimg.com/736x/3a/7a/cc/3a7accab00af17e9beb5b5d1b2b7312d.jpg)
Morpheus sięgnął po swoje dodatkowe oko. Poczuł, jak żyłki na skroni zaczynają mu pulsować, a normalny wzrok zaczyna się rozmywać, widzenie traci na ostrości. Widział przyszłość, ale niewyraźnie: widział rude włosy, powiewające w powietrzu, gdy jedna z roślinnych macek mknie w kierunku rudej kobiety, która w teraźniejszości rozmawiała z Philipem i Pandorą. Widział, jak pędzi - tak, by trzasnąć w drobne ciało kobiety z całą siłą.
Anthony niemal w tym samym czasie odrzucił kieliszek i wyciągnął różdżkę. Niczym wprawiony dowódca zaczął wydawać rozkazy, a jego głos niósł się ponad krzykami gości i przerażonymi piskami dzieci. Dzieci...
- LISA! ANNA! - matka, którą wcześniej widziała Nora, rozglądała się w panice. Nigdzie nie widziała gromadki maluchów, które oddaliły się od namiotu, absolutnie niezainteresowane toastem. Toasty były wszak dla dorosłych, podobnie jak alkohol. Dla nich była szarlotka i słodkie jabłka: zarówno te soczyste, surowe, jak i te otoczone karmelem. Na szczęście wspomniana już Nora miała więcej oleju w głowie niż matka Anny czy tam Lisy - bo zamiast stać i gapić się na prawo i lewo jak cielę w niemalowane, po prostu zerwała się do biegu w kierunku dzieci. Wiedziała, gdzie są, bo widziała Lisę, gdy ta biegła w kierunku gromadki dzieciaków, okupujących jeden z koszyków przy płocie. Zdążyła jeszcze chwilę wcześniej przyjrzeć się roślinie, ale absolutnie jej nie rozpoznawała. Mimo iż była doskonała z zielarstwa, tak nie miała pojęcia, co to może być. Faktycznie przypominało trochę lianę, ale dokładniejszy rzut oka potwierdził obawy Figg: ta roślina była wypaczona, nie była naturalna. Musiała być magiczna lub zmutowana, chociaż patrząc na to, co ostatnio działo się z roślinnością - a szczególnie w Dolinie Godryka - to coś mówiło Norze, że pierwsza opcja była słuszna. Magicznie wypaczone pnącza lub nawet kłącza, a kwiaty... Kwiaty wyglądały na trujące, podobnie jak chmura dymu - świadczyły o tym jaskrawe kolory, które zwykle w naturze miały albo przyciągać do siebie istoty, albo je odstraszać. Jak było w tym przypadku? Nie wiedziała: ale była prawie pewna, że nikt nie chciałby znaleźć się w chmurze pyłu, który chwilę wcześniej wypluła roślina. Teraz jednak nie było czasu na to, żeby dywagować nad tym, jak bardzo trujące to mogło być: biegła ile sił w nogach w kierunku dzieciaków, które padły na ziemię, skulone i wystraszone, pokazując palcami na przerażającą roślinę. Nie ruszały się na razie z miejsca, ale były przerażone i płakały. Była ich łącznie piątka. Dziewczynka, która pomyliła ją z matką, druga dziewczynka która miała kruczoczarne włosy splecione w dwa długie warkocze oraz trzech chłopców w małych, czarnych szatkach ubrudzonych ziemią.
Przez jej bieg magiczny parasol Anthony'ego nie zdołał objąć Nory: objął jego samego, Morpheusa oraz dwójkę mężczyzn, którzy wcale nie wyglądali na tak lotnych towarzyszy, jacy byli im teraz potrzebni. Byli bladzi, chudzi, wyperfumowani i nie mieli tego odruchu, który mieli pozostali. Jeszcze nie sięgali po swoje różdżki, zamiast tego wpatrując się w przerażeniu w scenę, która rozgrywała się przed nimi. I... nie robili nic więcej.
Philip, który stał obok Penny i Pandory, machnął różdżką raz i drugi, lecz akurat teraz to narzędzie postanowiło być kapryśne i stęknąć z oburzeniem, gdy z jego krańca posypały się białe iskry. Nic się nie stało - dym rozwiewał się powoli, ale nie dzięki jego zaklęciu, a zaklęciu Morpheusa, który jako pierwszy chciał zepchnąć chmurę w szczelinę. Dopiero Isaac dokończył dzieła - po chmurze nie było śladu, a on sam mógł zgarnąć dwie młode czarownice i wskazać im wyjście z sadu Abbottów. Problem był jednak taki, że Isaac był sam, a ludzi było dużo. Większość kotłowała się w namiocie, a on sam zostawił Penny, której na szczęście nic większego się nie stało poza drobnym skaleczeniem w rękę. Być może gdyby nie ludzki odruch i gdyby się nie zasłoniła, to szkło wpadłoby jej w oko, ale tak się tym razem nie stało.
Można byłoby powiedzieć, że jest bezpieczna, ale nie. Kątem oka zauważyła, że jedna z macek z kwiatami wije się coraz szybciej i szybciej, spina się jak wąż gotowy do ataku i z zadziwiającą prędkością mknie ku niej tak szybko, jakby miała zamiar ją opleść i wydusić z niej życie.
Łącznie cztery macki zdołały wychynąć na powierzchnię. Jedna pędziła w kierunku Penny, dwie wiły się i jakby szykowały do ataku, a jedna szarpała się, ewidentnie chcąc ruszyć w kierunku zamkniętej części sadu, tam gdzie nikt poza Abbottami i ich gośćmi specjalnymi nie miał dostępu. Kwiaty na dwóch wijących się pnączach puchły coraz bardziej i bardziej, lecz jeszcze nie wybuchały, jakby potrzebowały czasu. Ale to była kwestia sekund, nie minut.
Tłum w namiocie niestety nie dostrzegł lub miał gdzieś Isaaca, który chciał wskazać im bezpieczne miejsce. Co więcej: nikt poza Norą zdawał się nie przejmować dziećmi. Każdy chciał ratować własną skórę, z tym że robili to bez ładu i składu. Senior Abbott oraz jego małżonka zniknęli gdzieś, nie wiadomo gdzie. Kilka osób się teleportowało, ale znaczna większość po prostu parła do przodu, popychając co wolniejsze osoby. Co najmniej dwie runęły na ziemię, narażając się na stratowanie. Stoły zostały odepchnięte, ktoś wyciągnął różdżkę. Panował tu istny, czysty chaos - jedzenie i alkohol wylądowały na ziemi i ludziach, część wydostała się z namiotu i biegła w kierunku wyjścia. Ktoś zaplątał się w sznurek przytrzymujący namiot. Czary unoszące go nad ziemią słabły, materiał zaczął niebezpiecznie zbliżać się w kierunku ludzi. Jeszcze chwila, a zostaną uwięzieni.
Zachowujemy kolejkę i 1 post na turę, Pandora z racji że nie odpisała na czas będzie ostatnia. Następna moja narracja będzie 12.06 po godzinie 20 - do tej pory proszę o odpisy.
![[Obrazek: 3a7accab00af17e9beb5b5d1b2b7312d.jpg]](https://i.pinimg.com/736x/3a/7a/cc/3a7accab00af17e9beb5b5d1b2b7312d.jpg)