08.06.2024, 07:54 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.06.2024, 08:46 przez Florence Bulstrode.)
zwijam się, gonić brata
Florence można było określić jako osobę dobrą, ale na pewno nie jako miłą. Morze cierpliwości miała wobec braci, kuzynów i pacjentów w ciężkim stanie, a gdy ta kończyła się wobec innych, chłodna uprzejmość uzdrowicielki zamieniała się w cięte uwagi. Nott miał prawo czuć się źle po ciosie świeczką, ale według jej oceny był w stanie, w którym wystarczyło usiąść na dwie minuty, by ustąpiły zawroty głowy, a potem znaleźć innego Brygadzistę lub udać się do Ministerstwa. Zajęłaby się nim, gdyby ludzie wokół nie wymiotowali, nie mdleli, nie mieli zawałów, nie bełkotali i nie próbowali się nawzajem mordować. Tutaj mieli znacznie większe problemy, wszelkie pokłady cierpliwości, jakie miała, dawno więc się rozpłynęły.
Nie tylko wobec niego.
- To może być zadziwiająca statystyka, ale w dziesięciu przypadkach na dziesięć jeśli ktoś nie wychodzi z Munga, nie ozdrowiałby także poza nim. I pójście do pracy, w której pracuje się z dziwną magią i niebezpiecznymi artefaktami, gdy może nagle się ma taki artefakt wyrzucić zawartość żołądka, nie wydaje mi się szczególnie trafionym pomysłem.
Słowa o kole, gdy było się w takim stanie, córce Prewettów sugerowały jedno. Nałogowy hazardzista. Nie, żeby tego nie rozumiała, była w końcu dzieckiem Enidy. Może nawet poszłaby z nim do tego przekletego koła, pod warunkiem, że potem uda się do domu, ale po słowach Alka jej wzrok padł na but leżący na bruku i pobladła nieco.
- Basilius! Idę upewnić się, że aportowali się do Ministerstwa! - zawołała do kuzyna. Normalnie pożegnałaby się z Moodym, ale teraz ruszyła w tłum, nie chcąc aportować się z terenu jarmarku pełnego ludzi, by nie skończyć jak brat.
Chwilowo jej celem było Ministerstwo. Musiała upewnić się, że trafili do celu i nie wykrwawiali teraz bez pomocy w jakimś losowym zakątku Anglii.
Florence można było określić jako osobę dobrą, ale na pewno nie jako miłą. Morze cierpliwości miała wobec braci, kuzynów i pacjentów w ciężkim stanie, a gdy ta kończyła się wobec innych, chłodna uprzejmość uzdrowicielki zamieniała się w cięte uwagi. Nott miał prawo czuć się źle po ciosie świeczką, ale według jej oceny był w stanie, w którym wystarczyło usiąść na dwie minuty, by ustąpiły zawroty głowy, a potem znaleźć innego Brygadzistę lub udać się do Ministerstwa. Zajęłaby się nim, gdyby ludzie wokół nie wymiotowali, nie mdleli, nie mieli zawałów, nie bełkotali i nie próbowali się nawzajem mordować. Tutaj mieli znacznie większe problemy, wszelkie pokłady cierpliwości, jakie miała, dawno więc się rozpłynęły.
Nie tylko wobec niego.
- To może być zadziwiająca statystyka, ale w dziesięciu przypadkach na dziesięć jeśli ktoś nie wychodzi z Munga, nie ozdrowiałby także poza nim. I pójście do pracy, w której pracuje się z dziwną magią i niebezpiecznymi artefaktami, gdy może nagle się ma taki artefakt wyrzucić zawartość żołądka, nie wydaje mi się szczególnie trafionym pomysłem.
Słowa o kole, gdy było się w takim stanie, córce Prewettów sugerowały jedno. Nałogowy hazardzista. Nie, żeby tego nie rozumiała, była w końcu dzieckiem Enidy. Może nawet poszłaby z nim do tego przekletego koła, pod warunkiem, że potem uda się do domu, ale po słowach Alka jej wzrok padł na but leżący na bruku i pobladła nieco.
- Basilius! Idę upewnić się, że aportowali się do Ministerstwa! - zawołała do kuzyna. Normalnie pożegnałaby się z Moodym, ale teraz ruszyła w tłum, nie chcąc aportować się z terenu jarmarku pełnego ludzi, by nie skończyć jak brat.
Chwilowo jej celem było Ministerstwo. Musiała upewnić się, że trafili do celu i nie wykrwawiali teraz bez pomocy w jakimś losowym zakątku Anglii.
Postać opuszcza sesję