Kapłani byli zajęci. Jeden z nich był chyba tym, do którego zgłosiłam się w sprawie stoiska na Beltane... a może mi się wydawało? Nie przyglądałam się mu wtedy.
Gdy podsunięto mi świece, oczywiście spojrzałam na nie, chociaż absolutnie obojętne mi było, jak wyglądały. Grawer z imieniem też raczej nie będzie przeszkadzał, ale słowa kapłana wzbudziły we mnie pewne wątpliwości.
— To może wzięłabym taką z imieniem właściciela domu, na który chciałabym odprawić ten rytuał ochronny... Lysander... Chociaż to chyba rzadkie imię... — Wypuściłam z siebie świst niezręcznego śmiechu. — Pewnie łatwiej będzie z imieniem Ursula... Ale jak też nie ma to obojętnie, bo to chyba i tak bez różnicy przy moich potrzebach.
Jeśli sprzedawca nie miał więcej pytań i nie zagadywał dalej, byłam gotowa żeby zapłacić i wrzucić świeczkę do koszyka obok kota. To wszystko, co chciałam tutaj załatwić. Trochę szkoda mi opuszczać festyn tak szybko, ale za bardzo się bałam, że znów wydarzy się coś strasznego. Nawet z kapeluszem i eliksirem ochronnym, wolałam nie znaleźć się w centrum tragedii. Szczególnie, że w mieście trudniej się ucieka. I czy stąd istniało jakieś inne wyjście niż przez Dziurawy Kocioł? (Bo teleportacja nie wchodziła w drogę, panikując na pewno się rozszczepię).