Syknęła wkurwiona, że nie udało jej się rzucić zaklęcia. Głupia różdżka, głupi sztylet, głupia Geraldine... Nie wiedzieć czemu dzisiaj nic się jej nie udawało, co okropnie ją złościło. Gdyby była sama, to pewnie mniej by się tym przejmowała, jednak chodziło też o życie Esmé, czuła się winna, że przez nią musiał walczyć z tą istotą. Powinna sobie poradzić z jedną trytonką bez większego problemu, ale to nie był jej dzień. Zdecydowanie. Nie wiedziała, jak mu spojrzy w oczy po tym wszystkim, bo przecież opowiadała mu o tym, że niezły z niej łowca, tymczasem dzisiaj pokazała się chyba z najgorszej możliwej strony. Miała ochotę coś kopnąć, albo kogoś, tyle, że nic nie nawinęło jej się pod nogi. Reagowała agresją na swoją bezsilność.
Na całe szczęście Esmé w przeciwieństwie do niej radził sobie całkiem nieźle, jakby to nie był jego pierwszy raz, gdy przyszło mu walczyć z podobnymi stworzeniami. Ranił trytonkę nożem, widziała to, trochę jej ulżyło, bo nie zrobiła mu krzywdy. Nie wybaczyłaby sobie, gdyby coś mu się stało. Widziała, że woda wokół nich zrobiła się ciemniejsza, to by oznaczało, że Rowle jest bliski tego, żeby odebrać życie trytonce. Raniona kolejny raz nie powinna im dłużej sprawiać problemów. Tyle, że uciekła. Geraldine najchętniej rzuciłaby się za nią w pogoń, żeby przeszkodzić jej w tym, co chciała zrobić, tyle, że wtedy zamarła.
Wpatrywała się w jedną z cel, w której zauważyła znajomą sylwetkę. Gdy przyglądała się jej dłużej zrozumiała, że to musi być jej brat. Astaroth, jej ukochany, młodszy braciszek. Musiała mu pomóc, musiała go uwolnić, nie mogła pozwolić, żeby coś mu się stało. To przez nią stał się wampirem, przez ich durne zawody, a teraz tkwił w jednej z podwodnych cel. Ruszyła prędko przed siebie. Nie miała pojęcia, co właściwie mu zrobili, ale musiała mu pomóc.
Pokazała jeszcze Esmé dokąd płynie, nie miała teraz czasu na tłumaczenie mu kim był dla niej ten człowiek, mógł jednak zauważyć, że to ktoś na kim bardzo jej zależało.
Nie zamierzała zwlekać, kiedy w końcu dopłynęła do celi, w której znajdował się jej brat machnęła różdżką, żeby zdjąć z niego ewentualne czary, które utrzymywały go w tej pozycji. Musiała go uwolnić, musiała go uratować, nie wybaczyłaby sobie, gdyby po raz kolejny go straciła.
Sytuacja stawała się coraz bardziej skomplikowana, bo zależało jej na tym, żeby żadnemu z mężczyzn nie stało się nic złego, spanikowana więc też spoglądała w stronę Esmé, żeby mieć pewność, że nie dzieje mu się krzywda.
Sukces!
Sukces!
rozproszenie - na próbę uwolnienia Astarotha