08.06.2024, 16:39 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.06.2024, 16:40 przez Basilius Prewett.)
– Eeee. – Zmarszczył brwi. – Nie. Tylko trzy. Czemu miałbym mieć więcej? Myślisz, że powinienem mieć ich więcej? Jak chcesz to mozemy pójść razem do sklepu kartowego.
Uśmiechnął się bardzo szeroko, na jej komplement.
– Ty też tak kiedyś będziesz potrafiła – zapewnił ją pocieszająco, jakby to on z ich dwójki był tym bardziej sprawnym i wysportowanym, a gwiazdy i inne przewroty robił codziennie dla zabawy.
– Tak. Dziwnie – mruknął potakująco. – Zwłaszcza, że ty znowu jesteś ranna, a nawet nie wiemy co ci dolega.
Tłumaczenia, ze przecież to nie ona zawsze była ranna, a co więcej że czasem nikomu z ich dwójki nic nie dolegało, jakoś nie docierało do Prewetta w tym stanie.
– Tak, tarota. No wiesz, te takie, hm, inne, niepokerowe, karty nie do pokera, co nie możesz grać w nimi w pokera, nawet jakbyś bardzo chciała. Mają głupie obrazki i mowią ci różne beznadziejne rzeczy o twoim życiu, na przykład jak bardzo masz w nim przejebane. Na przykład pytasz się takiego tarocisty jak ci minie popołudnie, a on, lub ona, ci mówi wpadnie na ciebie Brenna i że jesteś chyba moim chichotem losu, więc myślisz, że w sumie to się nie zgadza, bo jasne jak tylko widzisz Brennę to myślisz Na matkę i wszystkich bogów, jak ta szalona kobieta wpada w tyle kłopotów, wychodzi z nich cało i jeszcze bezczelnie twierdzi, że nie jest żadną główną bohaterką historii?, ale jednak ją lubisz i dobrze gra się z nią w karty i nie masz nic przeciwko wpadaniu na nią, gdyby nie to, że zawsze coś się wtedy dzieje. I wtedy Millie mówi coś o cnotkach-niewydymkach, ale w jakimś innym kontekście, którego nie pamiętam. No ale w każdym razie to jest właśnie tarot, a co? – wyjaśnił krótko na czym to wszystko polegało.
Proszę wszystkich o spokój i wyjście z pomieszczenia. – Tym razem to jego własny głos, zdecydowanie bardziej poważny i zirytowany, niż teraz, rozległ się w głowie Prewetta. Czemu był taki zirytowany?
Słuchając historii Brenny, dziwnie znajomej, aż zamarł w miejscu.
– I co dalej?– spytał z przejęciem, nie mogąc się doczekać, aż usłyszy jej dalszy ciąg. – Czekaj. – Skrzywił się. – Nie Brenno. Przepraszan, ale opowiadasz ją źle. Przecież było sześć osób. Nie masz może jakiś ciastek? Wyglądasz na zmęczoną. Przydałby ci się cukier.
Uśmiechnął się bardzo szeroko, na jej komplement.
– Ty też tak kiedyś będziesz potrafiła – zapewnił ją pocieszająco, jakby to on z ich dwójki był tym bardziej sprawnym i wysportowanym, a gwiazdy i inne przewroty robił codziennie dla zabawy.
– Tak. Dziwnie – mruknął potakująco. – Zwłaszcza, że ty znowu jesteś ranna, a nawet nie wiemy co ci dolega.
Tłumaczenia, ze przecież to nie ona zawsze była ranna, a co więcej że czasem nikomu z ich dwójki nic nie dolegało, jakoś nie docierało do Prewetta w tym stanie.
– Tak, tarota. No wiesz, te takie, hm, inne, niepokerowe, karty nie do pokera, co nie możesz grać w nimi w pokera, nawet jakbyś bardzo chciała. Mają głupie obrazki i mowią ci różne beznadziejne rzeczy o twoim życiu, na przykład jak bardzo masz w nim przejebane. Na przykład pytasz się takiego tarocisty jak ci minie popołudnie, a on, lub ona, ci mówi wpadnie na ciebie Brenna i że jesteś chyba moim chichotem losu, więc myślisz, że w sumie to się nie zgadza, bo jasne jak tylko widzisz Brennę to myślisz Na matkę i wszystkich bogów, jak ta szalona kobieta wpada w tyle kłopotów, wychodzi z nich cało i jeszcze bezczelnie twierdzi, że nie jest żadną główną bohaterką historii?, ale jednak ją lubisz i dobrze gra się z nią w karty i nie masz nic przeciwko wpadaniu na nią, gdyby nie to, że zawsze coś się wtedy dzieje. I wtedy Millie mówi coś o cnotkach-niewydymkach, ale w jakimś innym kontekście, którego nie pamiętam. No ale w każdym razie to jest właśnie tarot, a co? – wyjaśnił krótko na czym to wszystko polegało.
Proszę wszystkich o spokój i wyjście z pomieszczenia. – Tym razem to jego własny głos, zdecydowanie bardziej poważny i zirytowany, niż teraz, rozległ się w głowie Prewetta. Czemu był taki zirytowany?
Słuchając historii Brenny, dziwnie znajomej, aż zamarł w miejscu.
– I co dalej?– spytał z przejęciem, nie mogąc się doczekać, aż usłyszy jej dalszy ciąg. – Czekaj. – Skrzywił się. – Nie Brenno. Przepraszan, ale opowiadasz ją źle. Przecież było sześć osób. Nie masz może jakiś ciastek? Wyglądasz na zmęczoną. Przydałby ci się cukier.