Morpheus uniósł brew w górę, gdy mokra pieczątka dotknęła jego polika po raz pierwszy. Nie miało to szczególnego znaczenia, bo po drugiej stronie twarzy był umorusany cały ciastem i śmietaną, tak samo jak na ubraniu, pełnym tłustych, słodkich wnętrzności tworów cukierniczych. Cała przestrzeń wyglądała jak pobojowisko, ale tylko przyprawiała wszystkich o uśmiech. Może nie wszystkichm. Prawie.
Nie zdążył spojrzeć w lusterko, gdy znów coś mokrego pojawiło się na jego policzku, tym razem był to obśliniony palec Isaaca.
W odpowiedzi na niego Morpheus wziął pierwszy lepszy dzbanek z napojem i wylał go na Isaaca, nie dziubkiem, a przestrzenią do zalewania, zdejmujac uprzednio wieczko. Na szczęście była to tylko woda.
— Woda za wodę, panie Bagshot — zaśmiał się serdecznie i wtedy dostał kolejną pieczątką. Chyba był skazany na brokat, który zauważył na własnej ręce, wycierając twarz ze śliny Isaaca.
Koniecznie musiał się umyć.
— Dostaliśmy to samo — powiedział jej Morpheus, który wcześniej zajrzał do materii wszechświata i tam przejrzał się w lustrze, dostrzegając metafizyczne literki, które całkiem prawdziwie lśniły na jego twarzy. — Dwa cymbały się dobrały, jeden duży, drugi mały.
Zanucił jakąś wymyśloną pioseneczkę na rytm dziecięcej rymowanki beztroskim głosem. Wszyscy dookoła wyglądali, jakby oszaleli, z włosami zlepionymi masą maślaną, czerwienią owocowego nadzienia, z cukrowym kacem, który powoli dobijał wszystkich, osuwając ich w popołudniową drzemkę. Dobre rozpoczęcie kolejnego roku życia.
Miał nadzieję, że następnego lata spotkają się w tym samym składzie.