Uścisnął dłonie kogo trzeba, zapamiętując nazwiska, znał niektórych, więc nastąpiły krótkie uprzejmości, dawnosięniewidzieliśmy-izmy, kurtuazyjne gdziepanbyłostatnimiczasy, tak jakby nie było wiadomo, że Niewymowni znikają i pojawiają się ponownie, niczym nieproszone czarodziejki w baśniach. Zabawne było to, że teraz, gdy po tylu lat jego ciało pojawiło się tak blisko ciała Dolohova, dotarło do niego, że już go nie rozumie. Nie zna tych dłoni, nawet jeśli część gestów wypielęgnowanych dłoni była taka sama. Nie pachniał tak samo. Czemu miałby?
Na odebranie mu tytułu, nazwiska, tylko się miękko uśmiechnął. Mógł być księżycem, chociaż w talii tarota zawsze widział siebie jako Kapłankę. Mógł być księżycem, dlatego że w historii kultur, bez względu na zainteresowanie astrologią czy astronomią, czy jakkolwiek inaczej ruchami ciał niebieskich, gdy księżyc pożerał słońce, wszyscy spoglądali na ten spektakl i drżeli w strachu. Jeśli miałaby to być opowieść o zaćmieniu, niechaj taka będzie. Mógł przywdziać wszystkie imiona, wilka Skolla, węża Apopisa czy demona Rahu. Cień, który pożera słońce.
Zamierzał powiedzieć: Postarzałeś się. Do twarzy ci z dojrzałością. W duszy chciał powiedzieć: Naznacz mnie ogniem, jak bydło. Wtedy będziesz musiał zaakceptować fakt posiadania i odpowiedzialność. Te wszystkie intencje zostały zduszone przez pstryknięcie jego własnej zapalniczki i zaciągnięcie się papierosem, szelestem czerwonego materiału, który zmarszczony na piersi, wraz z rubinami, wyglądał kątem oka niczym rana po ugodzeniu, krwawiące serce, wypełnione symboliką snu i małżeństwa Hadesa i Persefony; maki i granaty. Zamiast wypowiedzieć tego wszystkiego, co niewątpliwie wywołałoby skandal, odrzekł:
— Ostatni raz, gdy widziałem nazwisko mistrza, było to przy artykule w prasie plotkarskiej. Wraca więc Mistrz do nauki, jak mniemam? Nie dalej jak w zeszłym tygodniu zaznajomiłem się z dziełem Chryzostoma Dalmiana, aplikującego wpływy ascendentalne i astrokartografię na tworzenie się miejsc mocy za pomocą rytuałów inicjacyjnych.
Koniec końców, Morpheus był naukowcem, nawet jeśli jego nazwisko ozdabiało dokumenty w archiwach Departamentu Tajemnic, nie oficjalne publikacje. Longbottom czytał przetłumaczony z Bułgarskiego artykuł, którego treść analizował w kontekście działań czarnomagicznych i tworzenia zapasów magicznych czy nawet kontaktów z Bóstwami, tak jak w przypadku naruszenia Limbo.
Z jakiegoś powodu i on i Vakel przestali być osobami, za które kiedyś się uważali. Morpheus zauważył subtelne zmiany zachodzące wokół siebie, a co ważniejsze, zmiany w sobie samym. Co gorsza, zdawał sobie sprawę, że to zawsze się zmieniało, jakby migotanie, ogromne migotanie w ciemnym pokoju. Widział to migotanie w Vasiljence, które zmieniało go dogłębnie. Transformowało go. Minęło tyle lat, gdy z sukcesem unikali ze sobą kontaktu, aż do tego piekielnego listu. Tym razem to on policzył słowa i nie dał mu możliwości zrobić tego w drugą stronę.
Kto był głupszy, chłopiec, który boi się ciemności, czy ten, którego nie zajmuje trwoga?