09.06.2024, 15:36 ✶
Siedzę na zwykłym, tematycznie niespójnym kocyku wraz z Millie i Thomasem H. Potem reaguję na prezent Isaaca i Brennę.
– Już, przepraszam, nie patrzę – Uniósł ręce w obronnym geście, próbując ukryć rozbawienie jej słowami. Od momentu, gdy Millie postanowiła powrócić do żywy Basilius bardziej doceniał każdą kurwę lecącą z jej ust w jego stronę, a szkicownik i tak został zamknięty, więc nawet gdyby chciał, nie mógł dalej podglądać. A potem Millie znowu przyprawiła go o lekki ból głowy. Koło fortuny... O nie, nie, nie. Może był wtedy tak naćpany, jak nigdy wcześniej, ani później nie był, ale kojarzył, że Brenna kiedyś tak się tarotowo określiła. – A musze być na kole fortuny? Wiesz, co jak już musisz to po prostu daj mnie na jakiejś najmniej kontrowersyjnej karcie, najlepiej z dala od jakichkolwiek genitaliów.
Naprawdę nie prosił o zbyt wiele.
Na demonstrację prezentu Bagshota zareagował w ten sposób, że jedynie pokręcił z niedowierzaniem głową i jak najszybciej spróbował zetrzeć napis, pozostawiając na czole i dłoni kolejną brokatową plamę do kolekcji. Nawet nie chciał wiedzieć co mu się trafiło. A najgorsze było to, że chociaż jego skrzywiona mina tego nie okazywała, to uważał prezent Isaaca za bardzo dobry pomysł. Nie chciałby być na miejscu przestępcy, który nie dość, że został właśnie zatrzymany, to jeszcze będzie musiał użerać się przez kilka kolejnych dni z brokatem wszędzie, bo przecież to cholerstwo lubiło utrudniać życie i nie dawać się łatwo sprać. Gdyby nie to, że nie chciał tracić pracy i szacunku wśród czarodziejów, to sam chętnie miałby tami stempel na wybitnie uciążliwych pacjentów.
BAM.
I oczywiście, że pod nogi upadła mu Brenna. Bo kto inny? Matko jeśli nad nami czuwasz, to czemu na to patrzysz i nie reagujesz zamiast grzmieć? Naprawdę, jeszcze chwila, a znajdzie najbardziej złośliwego i pstonego boga ze wszystkich złośliwych i psotnych bogów i zacznie go wyznawać, bo chyba otrzymali od niego z Brenną jakieś specjalne błogosławieństwo.
– Widzę – westchnął ciężko na jej słowa, niefortunnie przejeżdżając brudną od brokatu ręką po całej twarzy. – Nie, nie Millie. Isaaca. Nic ci nie jest? Daj, pokaż nos.
Ale zanim zajął się szacowaniem potencjalnych szkód w wykonaniu Brenny, jeszcze raz zerknął rozbawiony na całą odbywająca się w ogrodzie scenkę. Uśmiechnął się. Cieszył się, że przyszedł. Cieszył się, że wszystko wyszło dobrze. To był udany dzień. Oby tylko było ich więcej.
– Już, przepraszam, nie patrzę – Uniósł ręce w obronnym geście, próbując ukryć rozbawienie jej słowami. Od momentu, gdy Millie postanowiła powrócić do żywy Basilius bardziej doceniał każdą kurwę lecącą z jej ust w jego stronę, a szkicownik i tak został zamknięty, więc nawet gdyby chciał, nie mógł dalej podglądać. A potem Millie znowu przyprawiła go o lekki ból głowy. Koło fortuny... O nie, nie, nie. Może był wtedy tak naćpany, jak nigdy wcześniej, ani później nie był, ale kojarzył, że Brenna kiedyś tak się tarotowo określiła. – A musze być na kole fortuny? Wiesz, co jak już musisz to po prostu daj mnie na jakiejś najmniej kontrowersyjnej karcie, najlepiej z dala od jakichkolwiek genitaliów.
Naprawdę nie prosił o zbyt wiele.
Na demonstrację prezentu Bagshota zareagował w ten sposób, że jedynie pokręcił z niedowierzaniem głową i jak najszybciej spróbował zetrzeć napis, pozostawiając na czole i dłoni kolejną brokatową plamę do kolekcji. Nawet nie chciał wiedzieć co mu się trafiło. A najgorsze było to, że chociaż jego skrzywiona mina tego nie okazywała, to uważał prezent Isaaca za bardzo dobry pomysł. Nie chciałby być na miejscu przestępcy, który nie dość, że został właśnie zatrzymany, to jeszcze będzie musiał użerać się przez kilka kolejnych dni z brokatem wszędzie, bo przecież to cholerstwo lubiło utrudniać życie i nie dawać się łatwo sprać. Gdyby nie to, że nie chciał tracić pracy i szacunku wśród czarodziejów, to sam chętnie miałby tami stempel na wybitnie uciążliwych pacjentów.
BAM.
I oczywiście, że pod nogi upadła mu Brenna. Bo kto inny? Matko jeśli nad nami czuwasz, to czemu na to patrzysz i nie reagujesz zamiast grzmieć? Naprawdę, jeszcze chwila, a znajdzie najbardziej złośliwego i pstonego boga ze wszystkich złośliwych i psotnych bogów i zacznie go wyznawać, bo chyba otrzymali od niego z Brenną jakieś specjalne błogosławieństwo.
– Widzę – westchnął ciężko na jej słowa, niefortunnie przejeżdżając brudną od brokatu ręką po całej twarzy. – Nie, nie Millie. Isaaca. Nic ci nie jest? Daj, pokaż nos.
Ale zanim zajął się szacowaniem potencjalnych szkód w wykonaniu Brenny, jeszcze raz zerknął rozbawiony na całą odbywająca się w ogrodzie scenkę. Uśmiechnął się. Cieszył się, że przyszedł. Cieszył się, że wszystko wyszło dobrze. To był udany dzień. Oby tylko było ich więcej.