09.06.2024, 15:55 ✶
Stoi przy deserach, rozmawia z Ambrosią, Desmondem i Jagodą - teraz kapibarą; chce ja odczarować po nieudanej próbie Desmonda. Spoglądał w stronę Lorraine i Anthony'ego.
Nie zauważył skrywającej się za ciastem Ambrosii i, w swojej głowie, zrzucił to na absolutne zaaferowanie okropnością dekoracji. Uśmiechnął się do niej przepraszająco, co było chyba najszczerszym wyrazem twarzy jaki przybrał od momentu przekroczenia progu letniej rezydencji Blacków. Nie przestając unosić kącików ust, w spojrzeniu niebieskich oczu miał wypisaną podziękę, za to, że kobieta zdecydowała się nie ciskać weń żadnymi sarkastycznymi bądź urażonymi komentarzami z powodu jego zaniedbania - niezauważenia jej.
- Doprawdy? - uniósł lekko brwi, gdy Ambrosia wspomniała o profesji Jagody - Zawsze podziwiam artystów i rzemieślników, wydają się mieć w życiu wiele przeszkód, przez które musza przebrnąć, aby osiągnąć sukces bądź satysfakcję. Wiele utalentowanych osób rezygnuje z tej drogi życiowej, aby podejmować bardziej lukratywne czynności zawodowe, co jest przykre, ale i tez zrozumiałe. Podziwianie prac wydaje się czasem tym samym co oglądanie albumu ze zdjęciami, widać przez co dana osoba przechodzi bądź na czym pozostawała lub pozostaje skupiona. Sztuka to dobry sposób wyrazu. Nie każdy musi lubić jego efekt, nie do każdego musi trafiać, bo wszyscy jesteśmy inni - bardzo zawoalowanie stwierdził iż bycie artystą czy rzemieślnikiem często nie przynosi wielkich zysków i jest postrzegane przez niektóre grupy jako nieróbstwo. Osoby posługujące się pędzlem, piórem bądź rożnymi instrumentami, przyrządami, czy tez własnym ciałem, aby wyrazić piękno lub brzydotę świata pod postacią sztuki miewają wiele przeszkód na drodze do spełnienia. Niewinne i inkluzywnie neutralne stwierdzenie o tym, że 'każdy jest inny', w jego głowie było niczym innym jak stwierdzeniem, że może nie każdy powinien tworzyć. To jednak mogło zostać niewypowiedziane, po cóż psuć atmosferę, skoro i tak była już, jak mu się wydawało, wystarczająco zmącona przez Lorraine? Kobiety Malfoy miały tę wspólną cechę, że gdzie by się nie pojawiły to potrzebowały zaznaczyć swoją dominację, nie ugryźć się w język odpowiednio wcześnie. Jednocześnie, z powodu swojego wychowania, potrafiły obsypać kąśliwymi komentarzami tak, aby pozostawić rozmówcę bezbronnego, acz zniesmaczonego i zirytowanego bez możliwości upustu złości. Elliott obserował to wiele razy przy rodzinnych spotkaniach. Wiedział również, iż Lorraine mogła być wredna, ale towarzystwo powinno się cieszyć, że Eden była jeszcze odpowiednio daleko aby nie dosypać swoich paru galeonów (a tych miała sporo do sypania). Nie mógł zaprzeczyć, że z wiekiem zaczął znajdywac przyjemność w tych przedstawieniach i pozostawianych po nich zgliszczach cudzej irytacji. Było to dla niego bardzo autochtoniczne w swojej familiarności, w przeciwieństwie do akcentu i całej osoby Jagody.
- Bo tutaj się nie przyjeżdża po to, aby się opalać. Jak słońce zbytnio przygrzewa to myślenie nie działa tak samo dobrze. Przyjemna pogoda rozleniwia. Acz muszę też przyznać, iż niestety wszyscy jesteśmy świadomi naszego klimatycznego nieszczęścia, jakim otacza nas Zjednoczone Królestwo. Do opalania się polecałbym morze śródziemne, chociaż pewnie z jego krajobrazami jesteś o wiele lepiej zapoznana niż ja. - Zaśmiał się, choć w tym dźwięku brakowało serdeczności i szczerości jakie wcześniej zawarł w lekkim uśmiechu posłanym do Ambrosii; ot, dopasował dźwięk do neutralności rozmowy, do jej okoliczności - trochę sztucznej i skrępowanej.
- Żony też nie są nieśmiertelne. Chociaż nie wiem jak to funkcjonuje z tymi, co uważają tiul za ładny materiał, może tandeta musi trwać wiecznie, a piękno przemija - odparł grobowym tonem. W prawdzie nie chciał rozmowy skierowywać na temat śmierci swojej małżonki, ale wydawało mu się to niesamowicie śmieszne, aby pociągnąć żart w ten sposób. To chyba ta rodzinna przekora, bo atmosfera, po odejściu Lorraine, zaczęła się robić zbyt komfortowa.
W międzyczasie zerknął w stronę parkietu, sprawdzając czy Anthony wciąż tańczy z Lorraine. Spojrzeniem wyłapał, że Shafiq odchodzi w kierunku sali bankietowej. Elliott planował wumienić pare zdań z aktualna grupą rozmówców, a potem podążyć za Anthonym.
- Niczego innego bym sie nie spodziewał po Blackach, fakt, dekoracje są ... jedyne w swoim rodzaju, acz sama organizacja wesela nie pozostawia nic do zarzucenia - zgodził się z częścia wypowiedzi Desmonda i chciał też kontynuować w tym tonie, aby nie wyrzucać z siebie samych negatywnych komentarzy, acz wtedy właśnie lico rudowłosej rozmówczyni zniknęło z pola widzenia, aby zamienić się we włochate zwierzę.
Elliott zamrugał pare razy i uniósł jedną brew rozpoznając w stworzeniu to samo, którego zdjęcie wysłał mu Perseus pare misięcy temu. Black miał swoje obsesje i fiksacje, ktore przeistaczał w żarty. Malfoy był pewien, że Pan Młody maczał palce w całym tym kapibarowym ambarasie, jeżeli nie bezpośrednio, to na pewno chociaż pdorzucając pomysł.
Westchnął w duchu spoglądając na próby Desmonda na przywrócenie rzemieślniczki do jej ludzkiej, nieegzotycznej postaci. Bo tak jak Lorraine mogła w ten sposób postrzegać dziewczynę zza granicy, tak dla Elliotta ta osoba stała się obco wyglądająca dopiero, gdy jej ludzka postać zniknęła, a zastąpiła ją włochatość stworzenia.
- Nie wiem czy z efektami przedziwnych żartów Perseusa można wygrać - mruknąl do młodszego Malfoya, licząc, że ten zrozumie to zdanie odpowiednio. Zwłaszcza po ich ostatnim spotkaniu jako 'stowarzyszenie błękitnych ksozul'.
Mimo niewielkiej motywacji, sam wyciągnął swoją różdżkę z chęcią odczarować rozmówczyni.
Rozproszenie: próba odczarowania Jagody z kapibary
Nie zauważył skrywającej się za ciastem Ambrosii i, w swojej głowie, zrzucił to na absolutne zaaferowanie okropnością dekoracji. Uśmiechnął się do niej przepraszająco, co było chyba najszczerszym wyrazem twarzy jaki przybrał od momentu przekroczenia progu letniej rezydencji Blacków. Nie przestając unosić kącików ust, w spojrzeniu niebieskich oczu miał wypisaną podziękę, za to, że kobieta zdecydowała się nie ciskać weń żadnymi sarkastycznymi bądź urażonymi komentarzami z powodu jego zaniedbania - niezauważenia jej.
- Doprawdy? - uniósł lekko brwi, gdy Ambrosia wspomniała o profesji Jagody - Zawsze podziwiam artystów i rzemieślników, wydają się mieć w życiu wiele przeszkód, przez które musza przebrnąć, aby osiągnąć sukces bądź satysfakcję. Wiele utalentowanych osób rezygnuje z tej drogi życiowej, aby podejmować bardziej lukratywne czynności zawodowe, co jest przykre, ale i tez zrozumiałe. Podziwianie prac wydaje się czasem tym samym co oglądanie albumu ze zdjęciami, widać przez co dana osoba przechodzi bądź na czym pozostawała lub pozostaje skupiona. Sztuka to dobry sposób wyrazu. Nie każdy musi lubić jego efekt, nie do każdego musi trafiać, bo wszyscy jesteśmy inni - bardzo zawoalowanie stwierdził iż bycie artystą czy rzemieślnikiem często nie przynosi wielkich zysków i jest postrzegane przez niektóre grupy jako nieróbstwo. Osoby posługujące się pędzlem, piórem bądź rożnymi instrumentami, przyrządami, czy tez własnym ciałem, aby wyrazić piękno lub brzydotę świata pod postacią sztuki miewają wiele przeszkód na drodze do spełnienia. Niewinne i inkluzywnie neutralne stwierdzenie o tym, że 'każdy jest inny', w jego głowie było niczym innym jak stwierdzeniem, że może nie każdy powinien tworzyć. To jednak mogło zostać niewypowiedziane, po cóż psuć atmosferę, skoro i tak była już, jak mu się wydawało, wystarczająco zmącona przez Lorraine? Kobiety Malfoy miały tę wspólną cechę, że gdzie by się nie pojawiły to potrzebowały zaznaczyć swoją dominację, nie ugryźć się w język odpowiednio wcześnie. Jednocześnie, z powodu swojego wychowania, potrafiły obsypać kąśliwymi komentarzami tak, aby pozostawić rozmówcę bezbronnego, acz zniesmaczonego i zirytowanego bez możliwości upustu złości. Elliott obserował to wiele razy przy rodzinnych spotkaniach. Wiedział również, iż Lorraine mogła być wredna, ale towarzystwo powinno się cieszyć, że Eden była jeszcze odpowiednio daleko aby nie dosypać swoich paru galeonów (a tych miała sporo do sypania). Nie mógł zaprzeczyć, że z wiekiem zaczął znajdywac przyjemność w tych przedstawieniach i pozostawianych po nich zgliszczach cudzej irytacji. Było to dla niego bardzo autochtoniczne w swojej familiarności, w przeciwieństwie do akcentu i całej osoby Jagody.
- Bo tutaj się nie przyjeżdża po to, aby się opalać. Jak słońce zbytnio przygrzewa to myślenie nie działa tak samo dobrze. Przyjemna pogoda rozleniwia. Acz muszę też przyznać, iż niestety wszyscy jesteśmy świadomi naszego klimatycznego nieszczęścia, jakim otacza nas Zjednoczone Królestwo. Do opalania się polecałbym morze śródziemne, chociaż pewnie z jego krajobrazami jesteś o wiele lepiej zapoznana niż ja. - Zaśmiał się, choć w tym dźwięku brakowało serdeczności i szczerości jakie wcześniej zawarł w lekkim uśmiechu posłanym do Ambrosii; ot, dopasował dźwięk do neutralności rozmowy, do jej okoliczności - trochę sztucznej i skrępowanej.
- Żony też nie są nieśmiertelne. Chociaż nie wiem jak to funkcjonuje z tymi, co uważają tiul za ładny materiał, może tandeta musi trwać wiecznie, a piękno przemija - odparł grobowym tonem. W prawdzie nie chciał rozmowy skierowywać na temat śmierci swojej małżonki, ale wydawało mu się to niesamowicie śmieszne, aby pociągnąć żart w ten sposób. To chyba ta rodzinna przekora, bo atmosfera, po odejściu Lorraine, zaczęła się robić zbyt komfortowa.
W międzyczasie zerknął w stronę parkietu, sprawdzając czy Anthony wciąż tańczy z Lorraine. Spojrzeniem wyłapał, że Shafiq odchodzi w kierunku sali bankietowej. Elliott planował wumienić pare zdań z aktualna grupą rozmówców, a potem podążyć za Anthonym.
- Niczego innego bym sie nie spodziewał po Blackach, fakt, dekoracje są ... jedyne w swoim rodzaju, acz sama organizacja wesela nie pozostawia nic do zarzucenia - zgodził się z częścia wypowiedzi Desmonda i chciał też kontynuować w tym tonie, aby nie wyrzucać z siebie samych negatywnych komentarzy, acz wtedy właśnie lico rudowłosej rozmówczyni zniknęło z pola widzenia, aby zamienić się we włochate zwierzę.
Elliott zamrugał pare razy i uniósł jedną brew rozpoznając w stworzeniu to samo, którego zdjęcie wysłał mu Perseus pare misięcy temu. Black miał swoje obsesje i fiksacje, ktore przeistaczał w żarty. Malfoy był pewien, że Pan Młody maczał palce w całym tym kapibarowym ambarasie, jeżeli nie bezpośrednio, to na pewno chociaż pdorzucając pomysł.
Westchnął w duchu spoglądając na próby Desmonda na przywrócenie rzemieślniczki do jej ludzkiej, nieegzotycznej postaci. Bo tak jak Lorraine mogła w ten sposób postrzegać dziewczynę zza granicy, tak dla Elliotta ta osoba stała się obco wyglądająca dopiero, gdy jej ludzka postać zniknęła, a zastąpiła ją włochatość stworzenia.
- Nie wiem czy z efektami przedziwnych żartów Perseusa można wygrać - mruknąl do młodszego Malfoya, licząc, że ten zrozumie to zdanie odpowiednio. Zwłaszcza po ich ostatnim spotkaniu jako 'stowarzyszenie błękitnych ksozul'.
Mimo niewielkiej motywacji, sam wyciągnął swoją różdżkę z chęcią odczarować rozmówczyni.
Rozproszenie: próba odczarowania Jagody z kapibary
Rzut PO 1d100 - 57
Sukces!
Sukces!
“An immense pressure is on me
I cannot move without dislodging the weight of centuries”
♦♦♦