Erik Longbottom był detektywem. I w momencie, gdy przeszedł przez zasłonkę i podniósł marynarkę, szósty zmysł, który wyróżniał go na tle innych pracowników BUM-u podpowiedział mu trzy rzeczy. Po pierwsze, Anthony Shafiq, zgodnie z ich rozmową, a także wcześniejszymi zachowaniami byłego dyplomaty, nie zrzucał fragmentów garderoby byle gdzie, poza momentami pasji oczywiście. Po drugie, w momencie, gdy dotarł do marynarki i schylił się po nią, co uczyniło również jego odbicie w starym lustrze o pięknej, rzeźbionej ramie, ze śmiesznym, pucułowatym aniołkiem z lirą, nagim całkowicie oprócz figowego listka w strategicznym miejscu, na samym szczycie, dźwięki z tła całkowicie umilkły, jakby wszedł pod klosz. Nic dziwnego, że przez dwie, długie dziesiątki odliczane w głowie, nic nie słyszał. Po trzecie, schylając się, zauważył na ziemi błotnisty, rozmazany ślad, który był świeży. Przy obecnych temperaturach oraz ogólnym zadbaniu, niemożliwe było, aby pochodził z obuwia osoby towarzyszącej młodego detektywa. Pozostawało więc pytanie, gdzie się podział Anthony Shafiq?
Nie miał wiele poszlak, tak jak niewiele przedmiotów zajmowała przestrzeń, za zasłonką oprócz lustra stały też trzy drewniane skrzynie opisane tytułami sztuk, których rekwizyty zabierały. Na nalepkach pysznił się Othello, Zakochany Kociołek i Trzy Damy, ale po bliższej inspekcji okazały się zupełnie puste; ktoś używał ich raczej jako miejsc, aby usiąść i naciągnąć obuwie do stroju lub zjeść kanapkę (swoją drogą, Erik mógł znaleźć pudełko z resztką zasuszonych frytek, które złośliwie szczerzyły się w jego stronę ziemniaczanymi zębiskami).