- Oczywiście, że mam dobry gust. - Trochę się obruszył i poprawił tą swoją marynarkę, która i tak nie była idealnie ułożona, jak powinna być i która nie była dopięta. Tylko o co ten ojciec w ogóle go tutaj oskarżał..? Przecież to oczywiste, że miał oko do piękna, był na nie wrażliwy, tak samo doceniał przystojność mężczyzn, jak i piękno kobiet. Człowiek potrafił być chodzącą sztuką, szczególnie, kiedy się o to wystarczająco postara. Edward się starał. Dbał o siebie i pilnował, żeby jego garnitur był w najlepszym stanie, a żaden zabłąkany włosek nie psuł jego fryzury. Laurent brał z ojca przykład, bo przecież z kogo miał? Mógłby jeszcze z Ayadyi, ale jeszcze tego by brakowało - przyłapaliby chłopca na zabawie damskimi kosmetykami i dopiero by się porobiło... a przecież to nie jego wina, że w jego wypadku dusza trafiła w złe ciało. - Świecisz przykładem i wiele osób powinno z ciebie przykład brać. - Ta pewność siebie mająca pierwsze skrzypce nie była jedynym instrumentem na tej sali. Była fasadą dla tych bluźnierczych tragedii za plecami. Ten przypływ adrenaliny i obojętność w powiedzeniu prawdy, po której spodziewał się skandalu, była już drogą do autodestrukcji... tak przynajmniej mu się wydawało.
Kiedy więc zamiast groźnego spojrzenia i ostrych słów pojawił się uśmiech i ciekawskie pytanie zabarwione humorem w oczach Laurenta pojawiło się nagle zagubienie. Niezrozumienie. No bo... jak to? Nie na to był przecież gotowy, nie tak to się miało rozegrać, więc jak to? Nie wiedział, ale przez to od razu podreptał za ojcowską ręką, kiedy ten go objął przy sobie.
- No... no tak, oczywiście. - Odpowiedział wciąż tkwiąc w małym szoku tego zwrotu akcji. Zwrotu, który wcale nie sprawił, żeby poczuł się gorzej. Wręcz przeciwnie. Przez tę chwilę ulgi wszystkie kamienie posypały się z jego serca, chociaż rozmiar nagłej zmiany emocji sprawił, że prawie się potknął na prostej drodze. Zamrugał kilkukrotnie, szybko. Zasuwająca się kotara rzęs wcale nie zmieniała tej rzeczywistości. - Nie, nie, to nie on, jest już historią. - Niestety zapisaną w pamięci, ale jednak. - Właściwie to wcale nie jest dobry czas na takie rozmowy. Jestem bardzo pijany. - Odetchnął i przetarł dłonią twarz. - Jestem chyba za miły dla ludzi, wiesz? Żaden z nich na mnie nie zasługuje. Żaden! - Powiedział z tą samą stanowczością. - Bo oni się boją iść na zwykłą randkę, ale potem przylatują do mojej sypialni zostawiając w domu partnerów, żony... kto wie, co jeszcze! - Laurent nie krzyczał, ale miał napięty głos. - Ale, tato, jest o wiele ważniejsza sprawa. - Złapał delikatnie palcami rąbek jego marynarki. - Musisz mi pokazać cały Nokturn. CAŁY. Nauczę się. Najwyższa pora. Trzeba złapać ten świat za mordę, bo przecież patrzeć na to nie mogę, większość tych robaków sądzi, że im się to należy... powinni co najwyżej padać na kolana do moich nóg... - Mówił to z przejęciem, wręcz z pasją! Chociaż ewidentnie alkohol coraz lepiej na niego działał. Albo gorzej. Pociągnął nosem i przetarł łzy zbierające się w oczach rękawem. - Powinienem... wrócić do domu... naprawdę kiepsko się czuję...