10.06.2024, 01:18 ✶
Czasy robiły się coraz cięższe, ale Cedric zdawał się tego nie dostrzegać. Przynajmniej częściowo. Czytanie o wydarzeniach politycznych przyprawiało go o ból głowy. Nie potrafił zrozumieć, czemu ludzie byli tacy samolubni i nieczuli na potrzeby innych. Niezależnie od epoki i miejsca, zawsze znajdował się ktoś, kto chciał robić krzywdę innym. Voldemort. Już samo to imię budziło w nim nieprzyjemne odczucia. Martwił się o to, jak wiele niewinnych osób ucierpi z powodu ślepych ambicji tego szalonego czarnoksiężnika. Tygodnie mijały, a napięcie i niepewność w społeczeństwie rosły. Coraz więcej było aktów ślepej przemocy, które zapełniały kolejne sale Munga. Czuł się bezsilny, co wprawiało go w nieprzyjemny nastrój. Nie lubił tego, że mógł jedynie odpowiadać na istniejące już problemy, ale jednocześnie wiedział, że nie dałby rady powstrzymać tych wszystkich zaślepionych ludzi.
W całym tym chaosie nawet przez chwilę nie pomyślał o sobie, a przecież zdecydowanie miał się o co martwić. W końcu był lekarzem, który udzielał pomocy każdemu, niezależnie od pochodzenia czy czystości krwi. Co więcej, sam pochodził z rodziny półkrwi. Jego uwagę w całości pochłaniały dyżury oraz coraz więcej nadgodzin. Wiedział, że zaniedbuje przez to coraz bardziej rodzinę, ale nie mógł tak po prostu wrócić do domu, gdy tyle osób potrzebowało pomocy. Nie po to został lekarzem, żeby smacznie spać w domu. Poza tym — jego organizm powoli się już przyzwyczajał do tego stanu ciągłej gotowości i pracy wykraczającej ponad wyuczone do tej pory godziny. Chociażby dzisiaj — w pracy pojawił się dwie godziny szybciej, dodając drugie tyle po zakończeniu oficjalnego dyżury. Spędził łącznie blisko dwanaście godzin w pracy, ale czuł się względnie dobrze. Był przytomny i nie chwiał się na boki — patrząc na ostatnie tygodnie, był to spory krok do przodu.
Drogę do domu postanowił przejść piechotą. Co prawda nie miał parasola, ale już od dziecka lubił deszcz. Zazwyczaj korzystał z parasola, ale dzisiaj postanowił zostawić go w gabinecie. Krople wody spływały mu przemoczonej czuprynie, rozbudzając przymrużone oczy. Dodatkowa siła napędowa, która miała upewnić go w tym, że nie zaśnie na jakiejś przypadkowej ławce przy ulicy. Wyjątkowo cieszyło go, że już wraca do domu. Potrzebował co najmniej drzemki.
Był tak nieprzytomny, że gdy w kogoś uderzył, rzucił jedynie krótkie "przepraszam" i ruszył w stronę apteki, która malowała się już przed jego oczami. Gdyby tylko zastanowił się nieco dłużej, odnotowałby, że tak właściwie to uderzył w pustą przestrzeń. Zapewne sprawę z tego zda sobie dopiero jutro, gdy nieco się wyśpi. Tak, to zdecydowanie było zadanie dla wyspanego Lupina.
W całym tym chaosie nawet przez chwilę nie pomyślał o sobie, a przecież zdecydowanie miał się o co martwić. W końcu był lekarzem, który udzielał pomocy każdemu, niezależnie od pochodzenia czy czystości krwi. Co więcej, sam pochodził z rodziny półkrwi. Jego uwagę w całości pochłaniały dyżury oraz coraz więcej nadgodzin. Wiedział, że zaniedbuje przez to coraz bardziej rodzinę, ale nie mógł tak po prostu wrócić do domu, gdy tyle osób potrzebowało pomocy. Nie po to został lekarzem, żeby smacznie spać w domu. Poza tym — jego organizm powoli się już przyzwyczajał do tego stanu ciągłej gotowości i pracy wykraczającej ponad wyuczone do tej pory godziny. Chociażby dzisiaj — w pracy pojawił się dwie godziny szybciej, dodając drugie tyle po zakończeniu oficjalnego dyżury. Spędził łącznie blisko dwanaście godzin w pracy, ale czuł się względnie dobrze. Był przytomny i nie chwiał się na boki — patrząc na ostatnie tygodnie, był to spory krok do przodu.
Drogę do domu postanowił przejść piechotą. Co prawda nie miał parasola, ale już od dziecka lubił deszcz. Zazwyczaj korzystał z parasola, ale dzisiaj postanowił zostawić go w gabinecie. Krople wody spływały mu przemoczonej czuprynie, rozbudzając przymrużone oczy. Dodatkowa siła napędowa, która miała upewnić go w tym, że nie zaśnie na jakiejś przypadkowej ławce przy ulicy. Wyjątkowo cieszyło go, że już wraca do domu. Potrzebował co najmniej drzemki.
Był tak nieprzytomny, że gdy w kogoś uderzył, rzucił jedynie krótkie "przepraszam" i ruszył w stronę apteki, która malowała się już przed jego oczami. Gdyby tylko zastanowił się nieco dłużej, odnotowałby, że tak właściwie to uderzył w pustą przestrzeń. Zapewne sprawę z tego zda sobie dopiero jutro, gdy nieco się wyśpi. Tak, to zdecydowanie było zadanie dla wyspanego Lupina.