10.06.2024, 10:57 ✶
Zdawało mu się, że jest panem swych własnych reakcji, odruchów, które mogłyby zdradzić jego podenerwowanie i pozwolić oponentowi odgadnąć, że jego słowa wyprowadziły go z kruchej równowagi, lecz ciało Perseusa zdradziło umysł w momencie, w którym zamknęły się za nimi drzwi windy. Sama tylko świadomość, że znajduje się w ciasnym pomieszczeniu z mężczyzną, który samym tylko swoim spojrzeniem był w stanie rzucić go na kolana; już sam jego zapach sprawiał, że Black musiał zaciskać mocniej dłoń na kruczej główce zdobiącej laskę, aż jego białe knykcie zrobiły się jeszcze bledsze. Pierś unosiła się arytmicznie, krew odpłynęła z twarzy, a on uparcie unikał wzroku swego towarzysza; był bowiem całkowicie bezbronny wobec gwałtownej fali wspomnień - spiętrzonej jak tsunami - która miała zaraz w niego uderzyć. Wspomnień ciepłych jak wosk, lepkich jak miód i szorstkich jak liny ocierające się o nadgarstki.
Zachwiał się niespodziewanie, ale nie pod wpływem żywiołu, jak sądził w pierwszej chwili - to winda zatrzymała się nagle i szarpnęła jego ciałem. Nie doszukując się w tym interwencji Anthony'ego, zaczął panicznie wciskać przycisk otwierania drzwi, lecz na próżno. Wyglądało na to, że utknęli pomiędzy piętrami. Już odwracał głowę w stronę mężczyzny, by z pewnym skrępowaniem poinformować go o zaistniałym kłopocie, kiedy z jego ust padło polecenie. Perseus nie odpowiedział mu od razu; patrzył jedynie na niego z narastającym zdumieniem i musiał wyglądać przy tym żałośnie śmiesznie, kiedy konsternacja odcisnęła swe piętro w jego rysach.
Chciał coś powiedzieć. Być może zapytać dlaczego lub pójść o krok dalej i rzucić czy postradałeś zmysły, Tony?, bo przecież minęło już dziesięć lat i nie był już młodzieńcem zdzierającym sobie przed nim kolana, a dorosłym mężczyzną, który nie pozwala sobie niczego narzucić i samodzielnie podejmuje decyzje. Ale wystarczyła sekunda, ten ułamek chwili i jedno spojrzenie w szare oczy, by dawna spolegliwość względem tego człowieka. Nikt nigdy wcześniej nie złamał Perseusa w taki sposób, w jaki zrobił to Anthony Shafiq i... och, jakże błoga to była destrukcja! Oczywiście, był w tamtym momencie przerażony, choć bardziej niż skuwki pióra delikatnie wbijającej się w jego skórę z każdym uderzeniem serca (co było odruchem naturalnym), lęk budziły jego własne reakcje; nagła, wszechobejmująca tęsknota za tym, co minęło bezpowrotnie - żarem lejącym się z nieba nad francuską winnicą, kontrastującym z chłodem ambasadorskiej posiadłości. A pomiędzy nimi te wszystkie inne rzeczy, których się dopuszczali i towarzysząca im cała paleta emocji, jakże wówczas intensywnych i, jak nietrudno było zauważyć w uległości obsydianowych tęczówek, wciąż żywa.
Nie zadawał mu żadnych pytań, ponieważ nie potrzebował żadnych odpowiedzi - te otrzymał już w gwałtowności napędzającej Shafiqa i samym faktem, że interesował się ich Johnem Doe. Sprawa jego departamentu, dość poważna, podpowiadała mu intuicja. Coś, czym dla własnego komfortu nie powinien się interesować. Przez moment bił się z myślami, o czym świadczyło jego uciekające spojrzenie. Stan tego człowieka nie był na tyle poważny, by umieszczać go w Lecznicy, choć w żaden sposób by mu to nie zaszkodziło. Potrzebował bardziej opieki dla ciała, niż duszy. Z drugiej jednak strony, w Dolinie Godryka niczego mu pod tym względem nie zabraknie, a w Mungu... W Mungu zawsze się coś działo, ktoś zawsze był gdzieś potrzebny, nie każdemu pacjentowi udawało się poświęcać wystarczająco dużo uwagi. Był początek stycznia, co oznaczało, że szpital pełen był czarodziejów, którzy przez nierozwagę - swoją lub cudzą - ucierpieli w sylwestrową noc. W Lecznicy natomiast jak zwykle odnaleźć można było spokój; jedynie stara panna Midlgey wybudzała się krzykiem ze swych sennych koszmarów.
Wreszcie zaważyła chęć pomocy dawnemu znajomemu. A może jego oddech, przyjemnie łaskoczący jego ucho? Paraliżujący strach, zmysły wyostrzone do granic możliwości... Ale czy był to naprawdę strach? Ten atawistyczny lęk, nakazujący mu drżeć o własne życie? Nie, ten rodzaj przerażenia nie objawia się pełnym ekstazy wyczekiwaniem, rozlewającym się wewnątrz całego ciała. Był instrumentem, nastrojonym i gotowym do koncertu, którego tylko oni mieli być świadkami i z utęsknieniem wypatrywał momentu, w którym Anthony szarpnie za jego struny.
— Daj mi dwa kwadranse, góra godzinę — odpowiedział miękko, również po francusku. — Muszę pomówić z ordynatorem.
Zachwiał się niespodziewanie, ale nie pod wpływem żywiołu, jak sądził w pierwszej chwili - to winda zatrzymała się nagle i szarpnęła jego ciałem. Nie doszukując się w tym interwencji Anthony'ego, zaczął panicznie wciskać przycisk otwierania drzwi, lecz na próżno. Wyglądało na to, że utknęli pomiędzy piętrami. Już odwracał głowę w stronę mężczyzny, by z pewnym skrępowaniem poinformować go o zaistniałym kłopocie, kiedy z jego ust padło polecenie. Perseus nie odpowiedział mu od razu; patrzył jedynie na niego z narastającym zdumieniem i musiał wyglądać przy tym żałośnie śmiesznie, kiedy konsternacja odcisnęła swe piętro w jego rysach.
Chciał coś powiedzieć. Być może zapytać dlaczego lub pójść o krok dalej i rzucić czy postradałeś zmysły, Tony?, bo przecież minęło już dziesięć lat i nie był już młodzieńcem zdzierającym sobie przed nim kolana, a dorosłym mężczyzną, który nie pozwala sobie niczego narzucić i samodzielnie podejmuje decyzje. Ale wystarczyła sekunda, ten ułamek chwili i jedno spojrzenie w szare oczy, by dawna spolegliwość względem tego człowieka. Nikt nigdy wcześniej nie złamał Perseusa w taki sposób, w jaki zrobił to Anthony Shafiq i... och, jakże błoga to była destrukcja! Oczywiście, był w tamtym momencie przerażony, choć bardziej niż skuwki pióra delikatnie wbijającej się w jego skórę z każdym uderzeniem serca (co było odruchem naturalnym), lęk budziły jego własne reakcje; nagła, wszechobejmująca tęsknota za tym, co minęło bezpowrotnie - żarem lejącym się z nieba nad francuską winnicą, kontrastującym z chłodem ambasadorskiej posiadłości. A pomiędzy nimi te wszystkie inne rzeczy, których się dopuszczali i towarzysząca im cała paleta emocji, jakże wówczas intensywnych i, jak nietrudno było zauważyć w uległości obsydianowych tęczówek, wciąż żywa.
Nie zadawał mu żadnych pytań, ponieważ nie potrzebował żadnych odpowiedzi - te otrzymał już w gwałtowności napędzającej Shafiqa i samym faktem, że interesował się ich Johnem Doe. Sprawa jego departamentu, dość poważna, podpowiadała mu intuicja. Coś, czym dla własnego komfortu nie powinien się interesować. Przez moment bił się z myślami, o czym świadczyło jego uciekające spojrzenie. Stan tego człowieka nie był na tyle poważny, by umieszczać go w Lecznicy, choć w żaden sposób by mu to nie zaszkodziło. Potrzebował bardziej opieki dla ciała, niż duszy. Z drugiej jednak strony, w Dolinie Godryka niczego mu pod tym względem nie zabraknie, a w Mungu... W Mungu zawsze się coś działo, ktoś zawsze był gdzieś potrzebny, nie każdemu pacjentowi udawało się poświęcać wystarczająco dużo uwagi. Był początek stycznia, co oznaczało, że szpital pełen był czarodziejów, którzy przez nierozwagę - swoją lub cudzą - ucierpieli w sylwestrową noc. W Lecznicy natomiast jak zwykle odnaleźć można było spokój; jedynie stara panna Midlgey wybudzała się krzykiem ze swych sennych koszmarów.
Wreszcie zaważyła chęć pomocy dawnemu znajomemu. A może jego oddech, przyjemnie łaskoczący jego ucho? Paraliżujący strach, zmysły wyostrzone do granic możliwości... Ale czy był to naprawdę strach? Ten atawistyczny lęk, nakazujący mu drżeć o własne życie? Nie, ten rodzaj przerażenia nie objawia się pełnym ekstazy wyczekiwaniem, rozlewającym się wewnątrz całego ciała. Był instrumentem, nastrojonym i gotowym do koncertu, którego tylko oni mieli być świadkami i z utęsknieniem wypatrywał momentu, w którym Anthony szarpnie za jego struny.
— Daj mi dwa kwadranse, góra godzinę — odpowiedział miękko, również po francusku. — Muszę pomówić z ordynatorem.
![[Obrazek: 2eLtgy5.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=2eLtgy5.png)
if i can't find peace, give me a bitter glory