Nie miała pojęcia, co przytrafiło się Millie podczas Beltane. Yaxley wiedziała, że to było pojebane, w końcu wiele osób zginęło, później sama ścigała widma, które były straszne, nawet w niej wzbudzały odrazę, mimo, że widziała w swoim życiu naprawdę wiele strasznych stworzeń, uczucia, które towarzyszyło jej gdy je spotkała nie zapomni jednak nigdy, nie miała pojęcia, czy przez nie Thunder znalazła się w wariatkowie, może nie do końca, ale coś złego musiało się tam wydarzyć. Gdyby to były widma to pewnie by już nie żyła, Ger pamiętała tego chłopca, którego znalazła w lesie, została mu odebrana młodość, zamienił się w starego dziada, kiedy jego dusza nadal była dzieckiem. To było okropne.
Nieco bała się spotkania z Millie, nie wiedziała, czego powinna się spodziewać. Zamknięcie na pewno nie było przyjemnym doświadczeniem, niby wymieniły ze sobą kilka listów, ale co z tego. Dawno się nie widziały. W jej życiu ostatnio pojawiło się wiele zawirowań, postanowiła jednak nie męczyć swoimi problemami przyjaciółki, nie chciała jej dokładać, nie kiedy ta ledwo wyszła na wolność. Może kiedyś jej opowie, jak nadejdzie odpowiedni moment, póki co była pewna jedynie tego, że akurat jej nie chce obciążać swoim problemami. Nie wiedziała, jak zareagowałaby na te wszystkie rewelacje i informacje. No hej Millie, słuchaj jasnowidzowie nie widzą mojej przyszłości, najprawdopodobniej nie istnieje, nie przejmuj się. Ta, jasne. Wolała jej tego wszystkiego oszczędzić.
Umówiły się w Dolinie, co było całkiem niezłym powodem do skorzystania z miotły, niby teleportacja była szybsza, jednak Yaxley nie odmówiłaby sobie tej przyjemności. Uwielbiała latać, zresztą trening dobrze jej zrobi, jakikolwiek. Musiała być w formie, musiała być przygotowana do walki, która miała ją spotkać w niedalekiej przyszłości. W końcu miała się zmierzyć z istotą, która chciała odebrać jej życie, jej wspomnienia, zająć jej miejsce na świecie. Nie było to specjalnie świetlistą przyszłością, więc wolała mieć szansę w jakikolwiek sposób się obronić.
Wylądowała na włościach Botta w okolicach południa. Podróż zajęła jej chwilę, jednak całkiem nieźle ją rozruszała. Może i miała ogromne wory pod oczami, bo nie sypiała ostatnio najlepiej - o ile w ogóle spała, posiłkowała się eliksirami od Flo, żeby chociaż trochę odpocząć. Policzki jednak, dzięki wiatrowi, który uderzał jej w twarz się nieco zaróżowiły, nie była więc, aż taka blada, jak bywała ostatnio. Włosy zaplotła sobie w niedbały warkocz, nie znosiła, kiedy właziły jej do oczu, gdy była w powietrzu. Wyglądała poza tym całkiem zwyczajnie, na dupie miała swoje skórzane spodnie, na wierz narzuciła flanelową koszulę, męską, sama nie widziała czyją, pewnie któregoś z typów, którzy zostali u niej przypadkowo na noc.
Udały się do ogrodu, co było całkiem przyjemnym rozwiązaniem, bo Ger uwielbiała spędzać czas na świeżym powietrzu. Zmierzyła wzrokiem zawartość stołu i nieco się rozczarowała, bo nie zauważyła tam whisky, starała się jednak nie dać po sobie znać, że jej to nie pasuje. Nalała sobie do kubka kawy, czarnej jak jej dusza i upiła spory łyk. Nie sięgała po ciastka, słodycze nigdy nie były jej pierwszym wyborem, zamiast tego wsadziła sobie w usta fajkę i ją odpaliła. Idealne śniadanie. Zaciągnęła się dymem spoglądając na Millie. Próbowała odczytać w jakim jest stanie, jak się czuje, czy faktycznie wszystko powoli wracało do normy.
- Nie narzekaj kurwa, widać, że tu o ciebie dbają, całkiem fajna ta rezydencja. - Bottowi się powodziło, co do tego nie miała wątpliwości. Mogła mieć przynajmniej pewność, że ktoś będzie karmił jej przyjaciółkę.
- W Londynie jest głośno i śmierdzi, z dwojga złego, tutaj chyba jest przyjemniej. - Przynajmniej tak się jej wydawało, może było nudno, ale nuda czasami była wskazana.
Nie była pewna, czy Thunder już doszła do siebie, nie wiedziała, jak powinna skomentować jej słowa. Martwiła się o nią, lekarze na pewno nie podjęli decyzji bezpodstawnie, jednak zawsze pojawiały się jakieś obawy. - Chuj tam, najważniejsze, że już jesteś wolna. Udało ci się to przeżyć. - Bez sensu rozprawiać nad przeszłością, kiedy to przyszłość była ważna. Skrzywiła się, gdy o tym pomyślała, bo przecież ona miała nie mieć przyszłości. Pojebane to było.
- Tak, tak, u mnie lepiej, w zasadzie wszystko zaczęło się ostatnio układać. - Na początku roku Astaroth zmarł na jej rękach, później okazało się, że jest wampirem, zakochała się w ćpunie, który ją zostawił, okazało się, że jej brat nie istniał, był tylko krwiożerczą bestią, która chciała ją zabić, nie mogło być lepiej, czyż nie? Nie miała zamiaru jednak wspominać o niczym z tych cudownych wydarzeń ze swojego życia. Nie teraz. - Wiesz, nawiązałam współpracę ostatnio z takim fajnym typem, popatrz co dla mnie zrobił. - Uniosła do góry lewą rękę i zatrzepotała nią w powietrzu, aby pokazać jej bransoletkę z zębów błotoryja, która wyglądała, jakby lewitowała na jej nadgarstku.