Nawet jeśli rozumiał tylko pojedyncze słowa, które najpierw były makaronizmami, a później wplatały się na stałe do angielskich słowników dzięki rzymskim legionistom z Wału Hadriana, wyczuwał tę iskrę boskości, która towarzyszyła im podczas rozpoczęcia obchodów Lammas, gdy nadeszły kolejne słowa, gdy skórka chleba pękła na dwoje, osłaniając świeży miąższ wypieku, cudownie pachnący zakwasem. Coś świętego w każdym geście i każdym słowie, w codzienności cieszenia się pokarmem, o który nie musieli się modlić, bo mieli go dość, ale czynili tak samo, jak inni czarodzieje w porze porannej. Rytuał, który przybliżał ich wszystkich razem.
— Potowarzyszyć ci? — zapytał o rytuał. — Mam jeszcze jedną rzecz do zrobienia w Warowni. Poza tym będę wieszczyć. Powiem ci, czy zobaczę pieśni dawnych romansów, ofiarę człowieka czy portret zdrady.
Chociaż mówił o smutkach, to uśmiechał się i zdecydowanie ma dobry humor. Wyciągnął rękę ku filiżance i dokonał swojego klasycznego rytuału. Obrócił filiżankę na dłoni w słonecznym kręgu, położył spodek na niej, wywrócił do góry dnem, aby fusy wysypały się na porcelanę. Spojrzał na nie, nie zwykłymi oczami, ale tym trzecim, które tkwiło bardziej we krwi, niż okazywało się trzecią gałką oczną.
Boja (nie trać nadziei)
— Cokolwiek cię spotka, nie trać nadziei. Wszystko będzie dobrze.
Fusy i ich symbole, były bardzo niejasne dla niego i nie przepadał za wróżeniem z nich, ale czego nie robi się dla ukochanych osób. Nawet jeśli tego nie robił, to dotykał filiżanek, sięgał po nie, wabiony jak ćma do światła, jakby musiał to robić. Mógł kłamać, wróżąc, opowieść zbyt dobra, aby była prawdziwa, a jednak. Anthony znał Morpheusa większość ich żyć. Prawie nie istniał czas, gdy się nie znali, a nawet wtedy, marginalna przestrzeń w perspektywie trzydziestu wspólnych lat. Wiedział, że nie kłamie.