Troszkę mu się chyba już plątał język, a przynajmniej wydawało mu się, że trochę plątał zdania i nie mówił po kolei, ale starał się, jak mógł. Przecież Edward zrozumie, tak? Niepewna świecąca w powietrzu i nad ich głowami jak gwiazda, z którą nic nie możesz zrobić - tylko się przyglądasz i patrzysz, jak miga... Puszcza do ciebie oczko, bo wie, że jesteś tylko człowiekiem, a ludzie byli istotami stworzonymi do błędów i nawet do kochania tych błędów.
Czy naprawdę więc było tak, że ta mrugająca do ciebie gwiazda była mostem do kontaktu, a nie jego przepaścią? Z człowieka pijanego łatwiej było wyciągnąć informacje, tylko należało je przesiewać przez palce. Przeraziło go to, ile mógł powiedzieć będąc w tym stanie, idąc przyciśniętym do boku ojca. Przerażał go nawet fakt, że był w tym żałosny stanie, który zobowiązywał go do położenia się do łóżka, a nie do kręcenia gdziekolwiek, żeby napytać sobie biedy. Czym było w zasadzie bezpieczeństwo w tym stanie przy Edwardzie? Co jeśli powie za dużo? Nie miał już siły na ten stres i napięcie.
- O nie, nie, tylko nie burdel, nie chcę do burdelu. - Aż się w nim wszystko napięło na samą myśl, że miałby tam iść... i tak negatywnie jak i pozytywnie. Bo to była całkiem szybka reakcja. Już się w swoim życiu nasiedział w burdelu i wcale nie chciał do niego wracać, chociaż do tego konkretnego raczej ich nie goniło - nawet mimo upodobań ojca wątpił, żeby wybierał miejsca takie jakim kiedyś było Rose Noire. Bez znaczenia. Niektórzy dobrowolnie pracowali sprzedając swoje ciało, Laurent właściwie też swoje gotów był sprzedawać, ale za emocje. To nie było coś, co mogły kupić pieniądze, a jednocześnie stanowiły element, na którego punkcie był bardziej żarłoczny niż na punkcie złota. Domy uciech zaś kojarzyły mu się z kupnem fałszu.
Spojrzał na siebie samego, kiedy Edward poprawił mu tę marynarkę, ocenił własny wygląd, chociaż nie widział się w lustrze. Wszystko było nie tak, a on przecież nie mógł wyglądać niedoskonale, ale najwyraźniej Edwardowi wcale do końca to nie przeszkadzało. Powiódł wzrokiem po ogrodzie, po tych zabójczo pięknych różach. Aktualnie w zasadzie chciał po prostu iść stąd, a zdolność do opierania się starszemu Prewettowi w tym momencie była bardziej niż znikoma. Była żadna.
- Dobrze, dobrze... gdziekolwiek chcesz, chodźmy już stąd po prostu. - I żeby gdzieś stabilnie usiąść. Upić się - o tak, bardzo chętnie. Taki miał plan, kiedy tylko wróci do domu. Aż poczuł dreszcz ekscytacji po tym szepcie, który do niego dotarł. I było bardzo rozsądnym, żeby rozmawiać o tym zdecydowanie innym razem.