Spoglądając na oraz na wskroś Juliusa, zastanawiał się, czy patrząc na niego i na Brennę, nie miał wrażenia, że patrzy na swoje dzieci, starszy syn, młodsze córki, w jego altanie, w której zapewne siadali w bardziej szczęśliwym czasie, a może gorycz rozkradła jego osobę tak mocno, że w korytarzach jestestwa mieszkał jedynie gniew samotności. Czy jego bierność nawiedzała go, tak jak on nawiedzał to miejsce, będąc bliźniaczym płomieniem niszczącym to miejsce? Czy może spowijał go bezkresny ból? Nie było powodów, aby go o to pytać, bo i tak albo on zostawi ich w spokoju, albo oni wyprawią go na szerokie wody Limba w ten czy w inny sposób.
— Chciałbym, aby powiedział nam pan nieco więcej o tej rodzinie. Ich imiona? Gdzie ich znaleźć? — Postanowił zostać przy zwykłych technikaliach, nie rozgrzebując egzystencjalnych zagadnień nieśmiertelności, wiecznego potępienia i zadry serca. — Ach, jeszcze. Kim jest Lydia? Jej imię padło obok imienia jednej z bliźniaczek— zapytał, zgniatając niedopałek na ławeczce. — Czy jest ona powiązana z tą... rodziną, zazdrosną o waszą potęgę?
Spoglądał na Juliusa dalej, przenikliwie, nie tylko kontemplując ideę jego istnienia między światami, ale także analizując jego transparentną mimikę, jakby był witrażem. Kiedy świeca staje się pożarem? Kiedy fala staje się morskim prądem? Kiedy przyczyna staje się winą? Kiedy człowiek staje się potworem?
— I w temacie, która z sióstr rysowała te dziwne szkice i tańczącą kobietę? Wie coś pan na ten temat? — spoglądał na niego z jasnością słońca, z miłością, jakby zaraz miał mu objawić zbawienie czy odwrócenie czasu i przywrócenie zmarłych do życia. Patrzył, jakby wiedział więcej.
Sukces!
Sukces!