02.01.2023, 20:35 ✶
Mógł nawet brukować piekło, byleby zająć czymś myśli. Pewnie byłaby to robota o niebo lepsza od strugania drewnianych różdżek, bo miałby wokół rozrywkę w postaci demonów i ich biednych (choć pewnie zasłużonych) ofiar. Czy byłyby wśród nich koty? Pewnie tak, choć Fergus widział w nich bardziej mruczące kulki futra, przeciągające się na słońcu i biegające za piórkiem na sznurku, niż niszczycieli świata. Pewnie dlatego, że sam nie miał z nimi zbyt wielkiej styczności. Chociaż Salem Nory… on by mógł podbić świat i przerobić go na gigantyczny tuńczyk, pasowałoby do niego.
- Czyli zero strachu, okej. To całkiem proste, wystarczy udawać, że nie jesteś wściekłą chimerą, czy coś w tym rodzaju - mówił bardziej sobie, niż Saurielowi, starając się unormować oddech. Nie był odważny, gdyby było inaczej, pewnie trafiłby do Gryffindoru, albo umiał podjąć jakąś decyzję w tej durnej wojnie, która toczyła się między czarodziejami. Był tchórzem, który do przetrwania potrzebował alkoholu i choćby chciał, nie umiał już oszukiwać samego siebie. Ufał Saurielowi przez te wszystkie lata. Dlaczego nie miałby teraz? Pomijając, że drań go zostawił na kilka lat, dorzucając do gamy problemów martwienia się o życie najlepszego kumpla. Ufał mu, Ufał. Bolałoby, gdyby znów został zawiedziony.
- Urody? - upewnił się, unosząc brew. Gdyby teraz pił, pewnie by się zakrztusił, ale zamiast tego po prostu oparł się o stolik, pochylając w kierunku Sauriela. - Nie flirtuj ze mną, kretynie - zaśmiał się. - I nie jestem psem, żebyś musiał być terytorialny.
Próbował przeskanować swój umysł, zastanawiając się, czy Sauriel zawsze gadał do niego w ten sposób i po prostu nigdy tego nie zauważał, czy to coś nowego, ale nie potrafił sobie odpowiedzieć. Nie przykuwał aż takiej wagi do wszystkich żartów między nimi, bo było ich zbyt wiele. Co się zatem zmieniło? Sauriel? Czy postrzeganie Fergusa?
Był za to pewien, że instynkt raczej nie zostanie jego ulubionym słowem.
- Może obu? - zaproponował, zaskoczony nagłym wybuchem wesołości Rookwooda. Był jak koło Fortuny, nigdy nie wiadomo, co wypadnie. Nawet bardziej, niż w przypadku Fergusa, który choć nie panował nad emocjami, to jednak w jakiś sposób mógł u siebie rozpoznać, że nadchodzą. W tym wypadku nie potrafił. Czy inni czuli się tak samo względem niego? Najwyraźniej dobrało się dwóch wariatów, zupełnie siebie wartych.
- Okej, zapomnij, nikt cię nie potrzebuje. Już, już, spokojnie - powiedział cicho, kładąc mu rękę na ramieniu, by spróbować jakkolwiek go opanować. Nie spodziewał się tego wybuchu, co tylko utwierdziło go w uprzednim stwierdzeniu o losowości nastrojów Rookwooda. Mimo wszystko w tym wszystkim był stary, dobry Sauriel. Porywczy, nieobliczalny, trochę zadziorny, ale mimo to troszczący się o swoich bliskich. Jego Sauriel ze wspomnień z dawnych lat.
- W takim razie wybierz mądrze - stwierdził, śmiejąc się na widok uniesionej, choć już pustej szklanki. Jego własna też była opróżniona, co skwitował zmarszczeniem brwi i najwyraźniej jego przyjaciel odczytał ten sygnał, bo zaraz się podniósł. Albo po prostu wielkie umysły myślały tak samo. Poczuł się dziwnie nieswojo, gdy ten wspomniał o śmierci, ale był już zbyt daleko, by poruszyć ten temat.
- Przestań mnie tak nazywać, albo znowu oberwiesz - zawołał za nim, gdy ten zbliżał się do baru, nie do końca pewien, czy usłyszał go w tym zgiełku. Może lepiej, gdyby nie, bo jeszcze postanowiłby mu oddać. Czemu właściwie tak bardzo wściekał się o ten komplement, który normalnie zbyłby machnięciem ręki? Chyba zaczynało mu odbijać, ale cała ta niepewność mąciła mu we łbie. Daj spokój, tylko się z tobą drażni. A wokół było przeokropne duszno, co zauważył dopiero wtedy, gdy został sam. Wygrzebał z kieszeni dżinsów starą frotkę, którą podkradł siostrze i związał włosy, dzięki czemu poczuł przyjemny chłód na karku. Tak było wygodniej, choć nie mógł ukryć się za swoimi lokami.
Gdy tylko Sauriel wrócił z butelką i orzeszkami, sięgnął po whisky i nalał im do szklanek, natychmiast wypijając spory łyk swojej, by nieco się uspokoić. Spojrzał na Sauriela, na to jego dziwnie dzikie, a jednak znajome spojrzenie i nie wiedział nawet, co powiedzieć.
- Czemu ty taki jesteś? - zapytał, wzdychając, choć jeśli Rookwood zapyta go o więcej szczegółów, nie będzie umiał odpowiedzieć jaki.
- Czyli zero strachu, okej. To całkiem proste, wystarczy udawać, że nie jesteś wściekłą chimerą, czy coś w tym rodzaju - mówił bardziej sobie, niż Saurielowi, starając się unormować oddech. Nie był odważny, gdyby było inaczej, pewnie trafiłby do Gryffindoru, albo umiał podjąć jakąś decyzję w tej durnej wojnie, która toczyła się między czarodziejami. Był tchórzem, który do przetrwania potrzebował alkoholu i choćby chciał, nie umiał już oszukiwać samego siebie. Ufał Saurielowi przez te wszystkie lata. Dlaczego nie miałby teraz? Pomijając, że drań go zostawił na kilka lat, dorzucając do gamy problemów martwienia się o życie najlepszego kumpla. Ufał mu, Ufał. Bolałoby, gdyby znów został zawiedziony.
- Urody? - upewnił się, unosząc brew. Gdyby teraz pił, pewnie by się zakrztusił, ale zamiast tego po prostu oparł się o stolik, pochylając w kierunku Sauriela. - Nie flirtuj ze mną, kretynie - zaśmiał się. - I nie jestem psem, żebyś musiał być terytorialny.
Próbował przeskanować swój umysł, zastanawiając się, czy Sauriel zawsze gadał do niego w ten sposób i po prostu nigdy tego nie zauważał, czy to coś nowego, ale nie potrafił sobie odpowiedzieć. Nie przykuwał aż takiej wagi do wszystkich żartów między nimi, bo było ich zbyt wiele. Co się zatem zmieniło? Sauriel? Czy postrzeganie Fergusa?
Był za to pewien, że instynkt raczej nie zostanie jego ulubionym słowem.
- Może obu? - zaproponował, zaskoczony nagłym wybuchem wesołości Rookwooda. Był jak koło Fortuny, nigdy nie wiadomo, co wypadnie. Nawet bardziej, niż w przypadku Fergusa, który choć nie panował nad emocjami, to jednak w jakiś sposób mógł u siebie rozpoznać, że nadchodzą. W tym wypadku nie potrafił. Czy inni czuli się tak samo względem niego? Najwyraźniej dobrało się dwóch wariatów, zupełnie siebie wartych.
- Okej, zapomnij, nikt cię nie potrzebuje. Już, już, spokojnie - powiedział cicho, kładąc mu rękę na ramieniu, by spróbować jakkolwiek go opanować. Nie spodziewał się tego wybuchu, co tylko utwierdziło go w uprzednim stwierdzeniu o losowości nastrojów Rookwooda. Mimo wszystko w tym wszystkim był stary, dobry Sauriel. Porywczy, nieobliczalny, trochę zadziorny, ale mimo to troszczący się o swoich bliskich. Jego Sauriel ze wspomnień z dawnych lat.
- W takim razie wybierz mądrze - stwierdził, śmiejąc się na widok uniesionej, choć już pustej szklanki. Jego własna też była opróżniona, co skwitował zmarszczeniem brwi i najwyraźniej jego przyjaciel odczytał ten sygnał, bo zaraz się podniósł. Albo po prostu wielkie umysły myślały tak samo. Poczuł się dziwnie nieswojo, gdy ten wspomniał o śmierci, ale był już zbyt daleko, by poruszyć ten temat.
- Przestań mnie tak nazywać, albo znowu oberwiesz - zawołał za nim, gdy ten zbliżał się do baru, nie do końca pewien, czy usłyszał go w tym zgiełku. Może lepiej, gdyby nie, bo jeszcze postanowiłby mu oddać. Czemu właściwie tak bardzo wściekał się o ten komplement, który normalnie zbyłby machnięciem ręki? Chyba zaczynało mu odbijać, ale cała ta niepewność mąciła mu we łbie. Daj spokój, tylko się z tobą drażni. A wokół było przeokropne duszno, co zauważył dopiero wtedy, gdy został sam. Wygrzebał z kieszeni dżinsów starą frotkę, którą podkradł siostrze i związał włosy, dzięki czemu poczuł przyjemny chłód na karku. Tak było wygodniej, choć nie mógł ukryć się za swoimi lokami.
Gdy tylko Sauriel wrócił z butelką i orzeszkami, sięgnął po whisky i nalał im do szklanek, natychmiast wypijając spory łyk swojej, by nieco się uspokoić. Spojrzał na Sauriela, na to jego dziwnie dzikie, a jednak znajome spojrzenie i nie wiedział nawet, co powiedzieć.
- Czemu ty taki jesteś? - zapytał, wzdychając, choć jeśli Rookwood zapyta go o więcej szczegółów, nie będzie umiał odpowiedzieć jaki.