10.06.2024, 15:16 ✶
– Różdżki...? – powtórzył za nim powoli, jakby przez moment nie wierząc jego słowom, ale prawda była taka, że nie dowierzał całej tej sytuacji. Na pociągłej twarzy ściągnięte brwi zaskoczenia przeszły płynnie do gniewnego pikowania ku burzliwym oczom. – To się nie godzi... Jak tylko Ptolemeusz wróci, poślę po Olivandera i natychmiast zaopatrzymy Cię w nową różdżkę... na bogów, przecież mamy wojnę, nie możesz chodzić pozbawiony magicznych zasobów! – Odwrócił się na powrót do sekretarzyka, by wyciągnąć kolejny perfekcyjny arkusz czerpanego papieru, którego biel przełamana była nieco ciepłem słodkiej śmietanki. Długie palce znów sięgnęły po czarne pióro, a lśniący atrament zalśnił na ostrej stalówce. Pisał szybko, zamaszyście, choć wciąż, bez żadnych liniałów słowa dopieszczone były perfekcyjną linią, raz grubszą, raz doskonale cienką, na granicy widzenia. Litery składały się w myśli, a pomimo wzburzenia, mężczyzna zachował wciąż nienaganną prezencję. Tylko powietrze wokół niego lekko drżało napięciem, które wywołała w nim ta informacja.
– Koniecznie, Wergiliusz zdąży uporać się z zabrudzeniami, niestety, nie dysponują tu ubraniami Twojego rozmiaru. Szlafroki dla gości są nieco bardziej uniwersalne. – Podniósł się i przeszedł do okna, jakby spodziewając się powrotu harpii gdy tylko o niej pomyślał, ale musiał uszanować fakt, że nie zagnie czasoprzestrzeni aż tak, by ptak powrócił, gdy ledwie przed chwilą wysłał go w drogę. Czas na szczęście nie był tak dojmujący, wypełniony niezręcznym milczeniem osób, które zwykle, jeśli już, to rozmawiały ze sobą w większym towarzystwie. Na szczęście mieli przecież wino.
– Ależ to drobnostka Laurencie. Dobrostan przyjaciół Victorii leży mi na sercu, na tyle na ile mogłem, na tyle pomogłem. Czyż nie zrobiłbyś dla mnie tego samego? – Dodał, obserwując jak trunek znika między wargami uratowanej z potrzasku damy, a na jego twarzy momentalnie zakwitł uśmiech satysfakcji, gdy dostrzegł zdziwienie w jej jasnych, niebieskich tęczówkach. Nie powiedział jednak nic. Czekał samemu upiwszy łyk, z gracją zajmując miejsce przy podłużnym stole, dając smakom wybrzmieć, a bukietowi zakwitnąć, na języku, który wcześniej czuł się urażony jego propozycją.
– Koniecznie, Wergiliusz zdąży uporać się z zabrudzeniami, niestety, nie dysponują tu ubraniami Twojego rozmiaru. Szlafroki dla gości są nieco bardziej uniwersalne. – Podniósł się i przeszedł do okna, jakby spodziewając się powrotu harpii gdy tylko o niej pomyślał, ale musiał uszanować fakt, że nie zagnie czasoprzestrzeni aż tak, by ptak powrócił, gdy ledwie przed chwilą wysłał go w drogę. Czas na szczęście nie był tak dojmujący, wypełniony niezręcznym milczeniem osób, które zwykle, jeśli już, to rozmawiały ze sobą w większym towarzystwie. Na szczęście mieli przecież wino.
– Ależ to drobnostka Laurencie. Dobrostan przyjaciół Victorii leży mi na sercu, na tyle na ile mogłem, na tyle pomogłem. Czyż nie zrobiłbyś dla mnie tego samego? – Dodał, obserwując jak trunek znika między wargami uratowanej z potrzasku damy, a na jego twarzy momentalnie zakwitł uśmiech satysfakcji, gdy dostrzegł zdziwienie w jej jasnych, niebieskich tęczówkach. Nie powiedział jednak nic. Czekał samemu upiwszy łyk, z gracją zajmując miejsce przy podłużnym stole, dając smakom wybrzmieć, a bukietowi zakwitnąć, na języku, który wcześniej czuł się urażony jego propozycją.