To nie był czas na spanie, tylko na zabawę, albo chociaż na chłonięcie tych wszystkich widoków, jakie rozwijała przed nimi piękna Taormina. Dwa dni, które mogli wykorzystać jak tylko chcieli, ale przesiedzieć je w miejscu, gdzie zatrzymali swoje rzeczy, albo przeleżeć w łóżku… Nie. Victoria mogła łatwo stwierdzić, że rozmowa, jaką odbyli przy śniadaniu, była dla Laurenta trudna, ale jednocześnie, że jakiś ciężar ściągnął wtedy z barków i to mu znacznie poprawiło humor. Dlatego tym lżej było pójść na plażę, złapać się za ręce i pomoczyć nogi w wodzie, a potem nawet trochę popływać. Lubiła wyjeżdżać z Laurentem, lubiła spędzać z nim czas, mieć tylko dla siebie. Czasami miała wrażenie, że nie musi wcale wszystkiego mówić, bo selkie i tak rozumie, co chciałaby mu powiedzieć… Byli tak podobni i jednocześnie tak różni… Dwa lata temu pewnie by się tylko uśmiechnęła pobłażliwie, gdyby ktoś jej powiedział, że Laurent Prewett stanie się osobą, którą będzie mogła z czystym sumieniem nazwać swoim najlepszym przyjacielem. Że przez prawie półtorej roku będą ze sobą sypiać… Ach. Szczegóły. To nie o łóżko chodziło i się rozchodziło, nie ono ich wszak przy sobie trzymało, nawet jeśli to od tego się właśnie zaczęło i było takim bodźcem do tego, by w ogóle chcieć się poznać. Pocztówki jak pocztówki… Victoria rozglądała się za innymi rzeczami jakie można kupić i rozdać bliskim.
To był miły wieczór. Victoria mogła się przystroić w lekką, wakacyjną sukienkę, pasujące dodatki, rozpuścić ciemne, prawie czarne włosy. Śmiała się, gdy tańczyli, uśmiechała, gdy spoglądała spod drinka na Laurenta, trzymała go za rękę, gdy rozmawiali, ale w końcu na moment się rozdzielili, gdy Laurent czuł potrzebę poprzebywania z innymi, poznania nowych osób. Opatulona dla niepoznaki cienką, wzorzystą chustą, przerzuconą na ramiona, z kolorowym drinkiem w dłoni, zeszła z drewnianego podestu na tę prywatną plażę należącą do knajpy; przeszła kawałek, ściągnęła sandały, które teraz niosła w wolnej dłoni i zanurzając stopy w miękkim piasku, niespiesznie zbliżała się aż do linii leniwie szumiącej wody.
Nie było widać różnicy między wodą a niebem, a może to po prostu ona jej nie widziała, gdy po tamtej stronie wszystko zlało się w całość, a gdzieś z prawej, bardziej od strony pleców, zachodziło słońce i jeszcze nie było całkiem ciemno, ale prawie… prawie. Wiatr zatańczył w jej włosach, odsuwając ciemne pukle z ramion aż na plecy, może to nawet był chłodniejszy podmuch, ale Victoria tego tak nie odczuwała na swojej skórze, gdy po prostu patrzyła w przestrzeń. Czuła się taka samotna, nawet pomimo tego, że za plecami grała muzyka i śmiali się ludzie. Trwały rozmowy, ale żadne, w których mogła wziąć udział. Ona – ciągle sama, bez partnera, bez pierścionka na palcu mogła tylko słuchać o tym, że jeszcze trochę i zaczną ją nazywać starą panną, nie miała nawet o czym porozmawiać z tymi mężatkami, ani poskarżyć się na męża, czy dzieci… Ale czy w ogóle chciała? Nawet jeśli nie, to czuła się taka odizolowana; nie miała zresztą na to nic do powiedzenia. To nie był przecież jej wybór. Piękna, ale samotna. Ambitna i wykształcona, ale o czym rozmawiać z ludźmi skupionymi tylko na sobie? A jednak serce się ściskało. Lestrange przymknęła oczy.