10.06.2024, 19:56 ✶
Lorien bywała w kuchni… tak rzadko, że praktycznie jej nie rozpoznała. Z początku przynajmniej. To było miejsce dla skrzatów i zbuntowanych pasierbic, nie czarownic z dobrego domu. Kiedy dotarło do Lorien, że Sophie jak gdyby nigdy nic rozsyła zdjęcia z ich domu, wizja zamknięcia dziewczyny w wieży powróciła ze zdwojoną siłą. Albo chociaż w pokoju. Przynajmniej do trzydziestki, kiedy będzie w stanie podjąć sensowniejsze decyzje.
- Nadal na scenie.
Przerwała kontemplowanie głupiego zdjęcia, kiedy Robert raczył jej odpowiedzieć. Z początku odpowiedzi nawet nie zrozumiała – czy Mulciber głuchł na starość? O czym on mówił? Jak to na scenie?
Tylko Charlesa tam brakowało. Dyskretnie omiotła wzrokiem całą obsadę sceny, z duszą na ramieniu, zupełnie jakby chłopak miał się tam zmaterializować. Zerknęła przy okazji szybko na Richarda, który też najwyraźniej szukał syna w sercu tego całego zamieszania. Czyli to nie ona źle zadała pytanie - to odpowiedź nie miała żadnego sensu. Skinęła głową na słowa swagra, ale te nie miały żadnego znaczenia.
Zwłaszcza, że Richard postanowił ulotnić się do stolika po jakiś nikomu niepotrzebny program. I najwyraźniej drinka. Zostawiając ją z mężem samą, co było w tym momencie ostatnią rzeczą jakiej potrzebowali.
Sięgnęła po swój kieliszek, ważąc czy warto w ogóle otwierać usta. Ale znoszenie kłamstw i niedomówień było o wiele prostsze od jawnej ignorancji.
- Mógłbyś czasem udawać, że słuchasz co do ciebie mówię. Zwłaszcza, kiedy nie jesteśmy sami.- Powiedziała sucho. Słowa rozmijały się z gestykulacją i emocjami na jej twarzy, bo najwyraźniej kobiecie nawet przez myśl nie przeszło dać ludziom przy sąsiednich stolikach powodu do plotek. Zachowanie pozorów było teraz najważniejsze. Tyle i aż tyle - nie zamierzała już nic więcej dodać, bo dopiła tylko resztkę czerwonego wina, a gorycz alkoholu wymieszała się z niesmakiem jaki właśnie odczuwała.
Skupiła się na scenie.
Uniosła minimalnie szkło do góry w niemym toaście – niezauważalny dla uczestników gest – zanim odstawiła kieliszek na blat.
Nieszczególnie interesowały ją wszystkie pozostałe opisy – choć niewątpliwie ta druga dziewczyna wydawała się odpowiednią opcją. Potrafiła wyobrazić sobie Stanleya z przeuroczą i lojalną dziewczyną. Poza oczywistymi powodami bardzo nie chciała go z kolei widzieć przy Sophie. To był taki miły i porządny chłopak – nie to co jej roztrzepana pasierbica.
„Kandydatka numer trzy… kobieta biznesu” (nielegalna produkcja bimbru w pokoju) „szuka partnera do życia prywatnego” (cudownie, Sophie Borgin brzmiało doskonale) „i zawodowego.” (och tak, daj się w to wciągnąć – podwójne cele to najnowszy krzyk mody). Kwestia ciasteczek dla ojca nawet nie zasłużyła na wewnętrzny komentarz. Lorien tylko przewróciła oczami.
- Su, sai cosa fare...- Wymamrotała, licząc, że Borgin doleje oliwy do ognia. Jeśli zachowanie twarzy było dla pani Mulciber ważne, to nie umywało się nawet do potrzeby zaserwowania Robertowi smaku instant karmy. Żył sobie taki pięknie nieświadomy o wiele za długo.
Stanley nie zawiódł. Wybrał odpowiednią kandydatkę.
… Staniecie przed sobą twarzą w twarz!
Yvonne nie zdążyła jeszcze machnąć różdżką, gdy Lorien złapała głębszy oddech, dociskając palce do ust. O nie, nie, nie. Tylko nie to! To było nawet WIĘCEJ niż oczekiwała. Jej parsknięcie śmiechem stłumiły gromkie brawa, gdy zachwycona widownia wreszcie dostała to na co czekali cały wieczór – wielki finał!
Odsłonięcie twarzy zawodników.
- Brawo! –Zaśmiała się tylko, ostatecznie odpuszczając sobie jakiekolwiek klaskanie. Nie wyglądała na zaskoczoną, bo nie była – kiedy się z kimś pracuje od lat, to pozna się go nawet w tandetnej masce.
Osuszyła opuszką palca łezkę rozbawienia, zbierającą się już w kąciku oka. Pomachała lekko dłonią, jakby od tego wszystkiego zrobiło jej się nad wyraz ciepło i odchyliła się na swoim krześle. Brakowało jeszcze tego pełnego satysfakcji uniesienia kącików ust, którego nie dało się odczytać inaczej niż „miałam rację, a wy nie.”
A nie. Był i uśmieszek.
- Zawsze mogło być gorzej. – Przeciągnęła kolejne sylaby, nawet na Roberta nie patrząc. Choć ewidentnie zwracała się do niego. Ściągnęła brwi, zmrużyła lekko oczy. Och móc tak siedzieć i patrzeć jak świat płonie od tego całego Mulciberowego słoneczka. A przecież wystarczyło tylko zatrzymać karuzelę śmiechu, kiedy była ku temu okazja.- To mógł być jakiś jej kuzyn.- Dodała na koniec.
- Nadal na scenie.
Przerwała kontemplowanie głupiego zdjęcia, kiedy Robert raczył jej odpowiedzieć. Z początku odpowiedzi nawet nie zrozumiała – czy Mulciber głuchł na starość? O czym on mówił? Jak to na scenie?
Tylko Charlesa tam brakowało. Dyskretnie omiotła wzrokiem całą obsadę sceny, z duszą na ramieniu, zupełnie jakby chłopak miał się tam zmaterializować. Zerknęła przy okazji szybko na Richarda, który też najwyraźniej szukał syna w sercu tego całego zamieszania. Czyli to nie ona źle zadała pytanie - to odpowiedź nie miała żadnego sensu. Skinęła głową na słowa swagra, ale te nie miały żadnego znaczenia.
Zwłaszcza, że Richard postanowił ulotnić się do stolika po jakiś nikomu niepotrzebny program. I najwyraźniej drinka. Zostawiając ją z mężem samą, co było w tym momencie ostatnią rzeczą jakiej potrzebowali.
Sięgnęła po swój kieliszek, ważąc czy warto w ogóle otwierać usta. Ale znoszenie kłamstw i niedomówień było o wiele prostsze od jawnej ignorancji.
- Mógłbyś czasem udawać, że słuchasz co do ciebie mówię. Zwłaszcza, kiedy nie jesteśmy sami.- Powiedziała sucho. Słowa rozmijały się z gestykulacją i emocjami na jej twarzy, bo najwyraźniej kobiecie nawet przez myśl nie przeszło dać ludziom przy sąsiednich stolikach powodu do plotek. Zachowanie pozorów było teraz najważniejsze. Tyle i aż tyle - nie zamierzała już nic więcej dodać, bo dopiła tylko resztkę czerwonego wina, a gorycz alkoholu wymieszała się z niesmakiem jaki właśnie odczuwała.
Skupiła się na scenie.
Uniosła minimalnie szkło do góry w niemym toaście – niezauważalny dla uczestników gest – zanim odstawiła kieliszek na blat.
Nieszczególnie interesowały ją wszystkie pozostałe opisy – choć niewątpliwie ta druga dziewczyna wydawała się odpowiednią opcją. Potrafiła wyobrazić sobie Stanleya z przeuroczą i lojalną dziewczyną. Poza oczywistymi powodami bardzo nie chciała go z kolei widzieć przy Sophie. To był taki miły i porządny chłopak – nie to co jej roztrzepana pasierbica.
„Kandydatka numer trzy… kobieta biznesu” (nielegalna produkcja bimbru w pokoju) „szuka partnera do życia prywatnego” (cudownie, Sophie Borgin brzmiało doskonale) „i zawodowego.” (och tak, daj się w to wciągnąć – podwójne cele to najnowszy krzyk mody). Kwestia ciasteczek dla ojca nawet nie zasłużyła na wewnętrzny komentarz. Lorien tylko przewróciła oczami.
- Su, sai cosa fare...- Wymamrotała, licząc, że Borgin doleje oliwy do ognia. Jeśli zachowanie twarzy było dla pani Mulciber ważne, to nie umywało się nawet do potrzeby zaserwowania Robertowi smaku instant karmy. Żył sobie taki pięknie nieświadomy o wiele za długo.
Stanley nie zawiódł. Wybrał odpowiednią kandydatkę.
… Staniecie przed sobą twarzą w twarz!
Yvonne nie zdążyła jeszcze machnąć różdżką, gdy Lorien złapała głębszy oddech, dociskając palce do ust. O nie, nie, nie. Tylko nie to! To było nawet WIĘCEJ niż oczekiwała. Jej parsknięcie śmiechem stłumiły gromkie brawa, gdy zachwycona widownia wreszcie dostała to na co czekali cały wieczór – wielki finał!
Odsłonięcie twarzy zawodników.
- Brawo! –Zaśmiała się tylko, ostatecznie odpuszczając sobie jakiekolwiek klaskanie. Nie wyglądała na zaskoczoną, bo nie była – kiedy się z kimś pracuje od lat, to pozna się go nawet w tandetnej masce.
Osuszyła opuszką palca łezkę rozbawienia, zbierającą się już w kąciku oka. Pomachała lekko dłonią, jakby od tego wszystkiego zrobiło jej się nad wyraz ciepło i odchyliła się na swoim krześle. Brakowało jeszcze tego pełnego satysfakcji uniesienia kącików ust, którego nie dało się odczytać inaczej niż „miałam rację, a wy nie.”
A nie. Był i uśmieszek.
- Zawsze mogło być gorzej. – Przeciągnęła kolejne sylaby, nawet na Roberta nie patrząc. Choć ewidentnie zwracała się do niego. Ściągnęła brwi, zmrużyła lekko oczy. Och móc tak siedzieć i patrzeć jak świat płonie od tego całego Mulciberowego słoneczka. A przecież wystarczyło tylko zatrzymać karuzelę śmiechu, kiedy była ku temu okazja.- To mógł być jakiś jej kuzyn.- Dodała na koniec.