Zamarł, wpatrując się intensywnie w leśniczego, zaprzestając całkowicie i tak zdawkowego mrugania, po czym powiódł wzrokiem na Septimę, spoglądając głównie na jej podbródek. Nawet kiedy alkohol spłynął mu po części twarzy i przekroczył jego koszulę, jak krawat rana, której dalszy symbol miał nosić następnego dnia, podczas Czarnego Wesela, nie poruszył się. I jego głowa wypełniła się absolutnie nie odpowiednimi wizjami, które nijak miały się do profetycznego widzenia przyszłości. Musiał przełknąć ślinę, gdy myślał o tym, że mógłby nie tylko błądzić dłońmi po jej skórze, ale dzielić ją z McGonagallem w obłokańczej i pijanej orgii. Już miał się odezwać, powiedzieć coś absolutnie nieodpowiedniego, gdy Septima oburzyła się karmazynem, a on zakrztusił się własną śliną, przez co zsunął się na bok, żeby uderzyć pięścią w klatkę piersiową. Adekwatna reakcja, znaczenie bardziej, niż to co działo się w jego głowie, wędrującej daleko od odpowiednich zachowań i monogamii.
— Nie powinno rozmawiać się z damą o... Spółkowaniu. A już na pewno nie poza parami, Samuelu — powiedział cicho Morpheus. — Ludzie nie czują się z tym komfortowo.
Skoro i tak spadł z kolan Septimy, usiadł obok Sama, krzyżując nogi, chwycił w obie ręce spracowaną dłoń mężczyzny, kciukami naciągnął skórę na jej wnetrzu, a później sięgnął po leżące obok nich zasuszone kwiaty, będące częścią dekoarcji, skruszył je w pięści, modląc się do Bachusa, aby napełnił jego umysł jasnością gwiazd. Ty, co wina słodkiego tajemnicę znasz, co w każdym kielichu ducha swego dajesz. Niechaj nasza uczta z Twoim darem będzie, by w radości i śmiechu płynęły nasze dni. Niechaj moje oczy ujrzą przez pryzmat upojnego rubiny i niech moje obłąkane usta mówią tylko prawdę.
Posypał dłoń Samuela drobinkami. Spojrzał w przyszłość. Przejdź przez lustro... Nie. Czarna para na parkiecie, królowa pachnąca wiśniami i król trefl o smocznej skórze dookoła czarno-czerwonych róż. Nie. Umysł błądził, ale była tutaj nić. Nić czerwona, pulsująca. Krwią i namiętnością. Próbował odczytać tę sieć.
Insekt (drobne problemy do rozwiązania)
Widział odnóża. Widział grupową pracę, współpracę. A może tylko mnożyło mu się w oczach?
— To tylko drobne problemy. Jak... Szkodliwe robaki. Jeśli dostatecznie prędko się nimi zajmiemy, znikną szybciej, niż się pojawiły.
Poklepał Samuela po dłoni uspokajająco. Nie chciał jeszcze chwilę patrzeć na Septimę, aby nie widzieć oczami wyobraźni jej odchylanej do tyłu głowy, wieczornego kwiecia opadającego na szyję i dekolt, nie słyszeć wyimaginowanych westchnień i ciepła, którego tam nie było. Musiał trochę ochłonąć, więc sięgnął po jakąś butelkę, na szczęście zakorkowaną i ją otworzył, aby napić się z gwinta. Wino smakowało jednak podejrzanie, jakby było jednak rumem. Może to tylko jego wyobraźnia i obawy.