Dwie rzeczy wydarzyły się jednocześnie.
Po pierwsze, rozproszenie magii sprawiło, że usłyszał dźwięki, które nie docierały do niego wcześniej, dźwięki z zewnątrz, krzątanina przed spektaklem, słyszalna przez niego cały czas, aż do momentu przejścia bliżej lustra. Subtelny czar, który łagodnie tworzył strefę całkowitego wyciszenia, rozpłynął się. Tak samo jak drugi, który ukrywał długiego otarcia na parkiecie garderoby. Całkiem świeże ślady w drewnie sugerowały, że dość niedawno ktoś przeciągnął tutaj potężne lustro siłą mięśni, przepychając je na oko dwa metry od poprzedniego miejsca składowania.
Drugą rzeczą, która wydarzyła się symultanicznie, było nieopanowane i wstrzymywane parsknięcie i ciągnący się za nim chichot. Nie należał on jednak zdecydowanie do Antoniusza, a do pucołowatego aniołka ze szczytu lustra, który trwał nieruchomo bardzo, bardzo długo, udając zwykłą ozdobę na ramie, której wcale nie ożywiono czarami. Aniołek zaczął rechotać, prawie mu wypadł z pulchnych łapek instrument.
— Nie ta bajka, kochasiu — zaskrzeczał i znów zaczął zanosić się śmiechem, który chyba powstrzymywał odkąd para weszła do garderoby, podsłuchując ich umizgi. W końcu się uspokoił, świszcząc oddechem, którego właściwie nie potrzebował. Był tylko ożywioną figurką.
— Tyś panie jak rosa poranna... A nie, to się nie rymuje. Tyś panie niczym łaskawa zorza, twego chłopaka biorą za dalekie morza? Nie jestem za dobry w rymowanki. I w sumie nie wiem czy go biorą za morza. Too może... — odchrzaknął teatralnie, pociągnął za struny, z których nie powinna lecieć melodia, były z drewna, ale płynęła i rzekł: — Ty panie mógłbyś grać niebiańskiego casanovę, lecz twemu kochasiowi worek założyli na głowę!
I ukłonił się. Tyłem do Erika. Pokazując mu okrągłe, tłuściutkie pośladki.