11.06.2024, 09:32 ✶
Brzmiały podobnie. Brzmiały inaczej. Mildred uderzyła myśl, w tym ciepłym, przyjemnym ogrodzie, pośród bzyczenia bąków, uderzona zapachami sierpniowego ogrodu, zamiast smrodu ociekającej ulicy, że pewna era się już skończyła. Siedem lat w jednym dormitorium, jedna klasa, jedna drużyna, jedno życie. To było dawno temu, gdy były niemalże nierozłączne. To było w poprzednim życiu.
Teraz patrzyła na Ger i wiedziała, że przyjaciółka kłamie. Mniejsza o intencje. Nie mówiła jej wszystkiego, wygładzała szpachlą przedstawianą rzeczywistość. Ale czy Miles nie robiła tego samego? Czy opowiadała jej o czerni, która przylepiła się tak żarłocznie do jej egzystencji, że wciąż czuła jej oddech na swoich plecach? Czy opowiadała jej o szarości i zapatrzonych w nią twarzach rozlewających się po ścianie lecznicy, zmartwiałych, zagubionych, zapatrzonych, czekających na chwilę słabości, na poranek, w którym nie będzie miała siły im odmówić? Czy mówiła jej o cudzych dłoniach dotykających skóry, niewidocznych, niemożliwych do udowodnienia. To tylko sen. O upadku, niekończącej się pustce, w której nie pozostało nic innego jak lot pozbawiony nadziei To tylko sen. O twarzy Alastora wykrzywionej lękiem, twarzy, którą widziała tylko wtedy gdy myślał, że nie patrzyła.
To tylko sen.
Jej rysy złagodniały, policzki opadły a wraz z nimi kąciki ust w żałobie za latami beztroski. Czyżby dorosłość w końcu zapukała do jej drzwi? Trochę późno... Mały palec zadrgał na na filiżance, nie kontrolowała tego.
– Nie wiem. Nie umiem... nie umiem się odnaleźć. Nigdy nie było, nie miałam dobrego miejsca dla siebie. Ale teraz nie mam jeszcze bardziej. – przyznała ochryple, głosem, którym szeptały sobie największe sekrety w środku nocy. O skradzionym koleżance pocałunku, o tęsknocie za bratem, o ciężkiej ręce ojca. Przygryzła wargę. Świeciło słońce. Wkoło było tak jasno. Tak pięknie. Tak soczyście. Teraz ona była szarością o włosach pociągniętych czernią. Nie mogła uciec od siebie prawda? Już raz podjęła próbę i to było bardzo złe miejsce.
– Fajna ta bransoletka. Czyje to zęby? Wyglądają dziwnie. – podniosła wzrok na oryginalną biżuterię, próbowała wypuścić to kłębowisko emocji, które nagle wpełzło do jej brzucha i w całości zastąpiło splątane jelita.
Teraz patrzyła na Ger i wiedziała, że przyjaciółka kłamie. Mniejsza o intencje. Nie mówiła jej wszystkiego, wygładzała szpachlą przedstawianą rzeczywistość. Ale czy Miles nie robiła tego samego? Czy opowiadała jej o czerni, która przylepiła się tak żarłocznie do jej egzystencji, że wciąż czuła jej oddech na swoich plecach? Czy opowiadała jej o szarości i zapatrzonych w nią twarzach rozlewających się po ścianie lecznicy, zmartwiałych, zagubionych, zapatrzonych, czekających na chwilę słabości, na poranek, w którym nie będzie miała siły im odmówić? Czy mówiła jej o cudzych dłoniach dotykających skóry, niewidocznych, niemożliwych do udowodnienia. To tylko sen. O upadku, niekończącej się pustce, w której nie pozostało nic innego jak lot pozbawiony nadziei To tylko sen. O twarzy Alastora wykrzywionej lękiem, twarzy, którą widziała tylko wtedy gdy myślał, że nie patrzyła.
To tylko sen.
Jej rysy złagodniały, policzki opadły a wraz z nimi kąciki ust w żałobie za latami beztroski. Czyżby dorosłość w końcu zapukała do jej drzwi? Trochę późno... Mały palec zadrgał na na filiżance, nie kontrolowała tego.
– Nie wiem. Nie umiem... nie umiem się odnaleźć. Nigdy nie było, nie miałam dobrego miejsca dla siebie. Ale teraz nie mam jeszcze bardziej. – przyznała ochryple, głosem, którym szeptały sobie największe sekrety w środku nocy. O skradzionym koleżance pocałunku, o tęsknocie za bratem, o ciężkiej ręce ojca. Przygryzła wargę. Świeciło słońce. Wkoło było tak jasno. Tak pięknie. Tak soczyście. Teraz ona była szarością o włosach pociągniętych czernią. Nie mogła uciec od siebie prawda? Już raz podjęła próbę i to było bardzo złe miejsce.
– Fajna ta bransoletka. Czyje to zęby? Wyglądają dziwnie. – podniosła wzrok na oryginalną biżuterię, próbowała wypuścić to kłębowisko emocji, które nagle wpełzło do jej brzucha i w całości zastąpiło splątane jelita.