11.06.2024, 22:25 ✶
Dla niego to też nie było łatwe. Był Gentlemanem, a oni nie lubili, gdy musieli załatwiać sprawy z kobietami w taki sposób, w jaki Anthony chciał to zrobić. Ten statek widmo to spotkanie ze Stanleyem, spojrzenie dziadka i cały cyrk, który wiązał ze sobą ten cholerny pierścionek. Wojna, która wcale nie była wojną i znak, którego przyjęcia od niego wymagano, a czego on nie miał odwagi i chyba chęci zrobić — wszystko to ciążyło mu na barkach, przygniatało go. I nie mógł nic z tym zrobić, nie był na tyle silny, aby samodzielnie wyrzec się rodziny, a nawet jeśli dałby im powód, aby go wydziedziczyli, pewnie znaleźliby powód, aby to usprawiedliwić. Uświadomił sobie dobitnie, że przed przeznaczeniem nie da się uciec i tak naprawdę w momencie narodzin, los nakładał kajdany na nadgarstki, a wybory były tylko pozorne, prowadząc do ustalonego z góry finału. Bo jak to wszystko inaczej wytłumaczyć? Ojciec miał rację, gdy wypominał mu, jak jest słaby i beznadziejny, jak się nie nadaje do roli, którą dziadek mu wyznaczył, jak wielkim rozczarowaniem był. Dlatego też Anthony musiał zrobić jak najszybciej to, co tak naprawdę złamie mu serce i zabierze jedną z najjaśniejszych iskier jego codzienności — musiał odpuścić Brennę. Podświadomie od dawna wiedział, że nic nie dadzą jego starania, nie mógł jej zmusić do lubienia go, do pokochania go w taki sposób, w jaki on kochał ją. Zamierzał oczywiście zrobić wszystko, aby ją chronić, ale musiał to robić z cienia i tak, aby nie wchodzić jej w drogę. Plusem jego ewentualnego dołączenia do tej przeklętej organizacji w przyszłości byłoby to, że znałby ich plany i mógłby sabotować wszelkie próby zamachu na Longbottom, nawet jeśli sam oberwałby przez to zaklęciem niewybaczalnym. To i tak nie miało dla niego żadnego znaczenia, przynajmniej w tym momencie, gdy chaotyczne myśli tak ciemne chmury tworzyły mu w głowie.
Westchnął cicho na dźwięk jej głosu, uśmiechając się pomimo wszystko delikatnie. Jej widok zawsze poprawiał mu humor, umiał znaleźć dzięki niemu motywację do działania z wiarą, że w końcu jego starania przyniosą efekty, a ona go zauważy. Teraz był po prostu zmęczony, a ta odrobina alkoholu krążąca w jego żyłach miała dodać mu odwagi, bo chyba pierwszy raz w życiu, czuł się przez nią odpuszczony. Zwykle przejmowała nad nim kontrolę jakby samoistnie ściągając na chłopaka wszystkie możliwe kłopoty, splątana z bezczelnością i impulsywnością.
- Rozsądnie, też nie powinienem, ale jestem już po pracy. Nie martw się, nie jestem nietrzeźwy czy coś, miałem ciężki dzień. Jeśli chcesz, mogę stanąć na jednej nodze i utrzymam równowagę. - stwierdził spokojnym, wyjątkowo uległym, jak na siebie głosem, wzruszając przy tym ramionami. Widocznie starał się zachować pozory, dowcip, nonszalancję, ale niezbyt mu to wychodziło. Przyglądał się jej chwilę w milczeniu, mając ochotę znów uderzyć pięścią w ścianę, czego ślady nosiły zdarte knykcie.
- To coś więcej niż próba czasu. Obydwoje o tym wiemy. Nigdy nie miałem szansy być Twoim prawdziwym przyjacielem, ale nie szkodzi. Mam miłe wspomnienia, zawsze było zabawnie. - odparł spokojnie, prostując się na krześle. Znów przeniósł spojrzenie na leżącą przed nim szkatułkę, przesuwając dłońmi po twarzy, zamykając na chwilę powieki. Obrazy zatańczyły w ciemności — wszystkie te kolorowe i jasne chwile, których tak kurczowo zwykle się trzymał. Schowek, altanka, wygłupy na błoniach, jego pierwsze oświadczyny, których nie potraktowała nigdy poważnie. I to był chyba największy dla niego ból, bo Brenna zdawała się nigdy nie wierzyć w szczerość jego uczuć oraz intencji. Zabawne, bo przez chwilę ich myśli złączyły się w jedno: To było tak dawno temu.
Konflikt, Ministerstwo i cały ten syf sprawił, że wspomnienia ze szkoły i zaraz po niej wydawały mu się zupełnie inną rzeczywistością, chociaż nie miał tak pełnego, jak Brenna życia. Westchnął znów, przełykając ślinę i usiadł prosto, wbijając w nią spokojne, czułe spojrzenie. Nie umiał patrzeć na nią inaczej, nawet jeśli z pewnością za kilka minut pęknie mu serce. Bo jaka była inna możliwość? Żadna.
- Dziadek wybrał mnie na następcę rodu, ku pewnie rozpaczy mojego zmarłego ojca, którego zdaniem — w ogóle się do tej roli nie nadaję. I taka jest prawda, wciąż nie mam pojęcia o wielu sprawach, od których trzymano mnie z daleka. Borginowie to ród konserwatywny, nie robią wyjątków — to też powód, dla którego czarno to widzę. - zaczął nagle rozbawiony, jakby mówił najlepszy żart na świecie. Parsknął, kręcąc głową i spojrzał w sufit, mając ochotę po prostu rozpłynąć się w powietrzu. Nie trwało to jednak długo, bo oczy chłopaka znów powędrowały w kierunku Brenny. - Nigdy Cię nie okłamałem, gdy rozmawialiśmy i nie robiłem nic, co byłoby przeciwko Tobie lub Twojemu bezpieczeństwu. Nie kłamałem też wtedy, gdy Ci się oświadczyłem, bo pierścionek naprawdę ukradłem z dziadka szuflady. I nie byłem pijany, nie piłem eliksiru. Nie mam wpływu na to, kogo wybiera sobie nasze serce. Moje wybrało właśnie Ciebie, lata temu, gdy szłaś korytarzem, a Twoje wybrało kogoś innego i nic z tym nie zrobię, nawet jakbym się bardzo starał. Jednak jestem gentlemanem, straconym, ale...
Urwał, Bo zaschło mu w gardle. Przełknął ślinę, sięgając po szklankę i zrobił małego łyka. Nie do pomyślenia, żeby tak przed kobietą się zachowywał, ale co mu innego zostało? Jak miał się z nią inaczej pożegnać i chociaż odrobinę sobie to ułatwić, niż wyrzucić to wszystko z siebie? Na głos brzmiało jak cholerny podpis na dokumencie. Nie mógł już zawrócić. I nie mógł jej narażać, bo nie wybaczyłby sobie, gdyby coś się jej stało.
Westchnął cicho na dźwięk jej głosu, uśmiechając się pomimo wszystko delikatnie. Jej widok zawsze poprawiał mu humor, umiał znaleźć dzięki niemu motywację do działania z wiarą, że w końcu jego starania przyniosą efekty, a ona go zauważy. Teraz był po prostu zmęczony, a ta odrobina alkoholu krążąca w jego żyłach miała dodać mu odwagi, bo chyba pierwszy raz w życiu, czuł się przez nią odpuszczony. Zwykle przejmowała nad nim kontrolę jakby samoistnie ściągając na chłopaka wszystkie możliwe kłopoty, splątana z bezczelnością i impulsywnością.
- Rozsądnie, też nie powinienem, ale jestem już po pracy. Nie martw się, nie jestem nietrzeźwy czy coś, miałem ciężki dzień. Jeśli chcesz, mogę stanąć na jednej nodze i utrzymam równowagę. - stwierdził spokojnym, wyjątkowo uległym, jak na siebie głosem, wzruszając przy tym ramionami. Widocznie starał się zachować pozory, dowcip, nonszalancję, ale niezbyt mu to wychodziło. Przyglądał się jej chwilę w milczeniu, mając ochotę znów uderzyć pięścią w ścianę, czego ślady nosiły zdarte knykcie.
- To coś więcej niż próba czasu. Obydwoje o tym wiemy. Nigdy nie miałem szansy być Twoim prawdziwym przyjacielem, ale nie szkodzi. Mam miłe wspomnienia, zawsze było zabawnie. - odparł spokojnie, prostując się na krześle. Znów przeniósł spojrzenie na leżącą przed nim szkatułkę, przesuwając dłońmi po twarzy, zamykając na chwilę powieki. Obrazy zatańczyły w ciemności — wszystkie te kolorowe i jasne chwile, których tak kurczowo zwykle się trzymał. Schowek, altanka, wygłupy na błoniach, jego pierwsze oświadczyny, których nie potraktowała nigdy poważnie. I to był chyba największy dla niego ból, bo Brenna zdawała się nigdy nie wierzyć w szczerość jego uczuć oraz intencji. Zabawne, bo przez chwilę ich myśli złączyły się w jedno: To było tak dawno temu.
Konflikt, Ministerstwo i cały ten syf sprawił, że wspomnienia ze szkoły i zaraz po niej wydawały mu się zupełnie inną rzeczywistością, chociaż nie miał tak pełnego, jak Brenna życia. Westchnął znów, przełykając ślinę i usiadł prosto, wbijając w nią spokojne, czułe spojrzenie. Nie umiał patrzeć na nią inaczej, nawet jeśli z pewnością za kilka minut pęknie mu serce. Bo jaka była inna możliwość? Żadna.
- Dziadek wybrał mnie na następcę rodu, ku pewnie rozpaczy mojego zmarłego ojca, którego zdaniem — w ogóle się do tej roli nie nadaję. I taka jest prawda, wciąż nie mam pojęcia o wielu sprawach, od których trzymano mnie z daleka. Borginowie to ród konserwatywny, nie robią wyjątków — to też powód, dla którego czarno to widzę. - zaczął nagle rozbawiony, jakby mówił najlepszy żart na świecie. Parsknął, kręcąc głową i spojrzał w sufit, mając ochotę po prostu rozpłynąć się w powietrzu. Nie trwało to jednak długo, bo oczy chłopaka znów powędrowały w kierunku Brenny. - Nigdy Cię nie okłamałem, gdy rozmawialiśmy i nie robiłem nic, co byłoby przeciwko Tobie lub Twojemu bezpieczeństwu. Nie kłamałem też wtedy, gdy Ci się oświadczyłem, bo pierścionek naprawdę ukradłem z dziadka szuflady. I nie byłem pijany, nie piłem eliksiru. Nie mam wpływu na to, kogo wybiera sobie nasze serce. Moje wybrało właśnie Ciebie, lata temu, gdy szłaś korytarzem, a Twoje wybrało kogoś innego i nic z tym nie zrobię, nawet jakbym się bardzo starał. Jednak jestem gentlemanem, straconym, ale...
Urwał, Bo zaschło mu w gardle. Przełknął ślinę, sięgając po szklankę i zrobił małego łyka. Nie do pomyślenia, żeby tak przed kobietą się zachowywał, ale co mu innego zostało? Jak miał się z nią inaczej pożegnać i chociaż odrobinę sobie to ułatwić, niż wyrzucić to wszystko z siebie? Na głos brzmiało jak cholerny podpis na dokumencie. Nie mógł już zawrócić. I nie mógł jej narażać, bo nie wybaczyłby sobie, gdyby coś się jej stało.