Specyfika jej osobowości nakazywała wyważenie w podejściu, jak i słowach; nie należała do banalnych kobiet, które uwodzili zawadiackie spojrzenie i urywane kłamstwem komplementy – w gruncie rzeczy, dawno już się poznała na ludziach, umykając od ich krzątaniny, swoją obraźliwą postawą dając kłam jakiemukolwiek zainteresowaniu. Bo przecież nie zależało jej na byciu w epicentrum uwagi, skuwając każdy wzrok w nierozerwalny, a każdy dotyk w wieczysty – istniała jako odrębny sputnik, wirujący na swojej odległej orbicie – nie potrzebowała kontaktu, nie łaknęła muśnięć palców czy warg; w zasadzie kontakt fizyczny brzydził ją głęboko i o ile sama niejednokrotnie go inicjowała, na dotyk kierowany w jej stronę reagowała burzliwym wzdrygnięciem się. Doceniała to w nim właśnie – ten dystans, którego nie starał się skracać uporczywie, jednocześnie pleciony nieocenionym wsparciem i tym, że zawsze był dla niej.
Gdyby tylko nie brzydziła się tym określeniem, mogłaby mianować go przyjacielem; z przyczyn osobowościowych, wolała myśleć o nim jako o jednostce niebagatelnie bliskiej, nie nadając relacji imienia. Nie było to wszak istotne.
– A ja nigdy temu nie przeczyłam – rzekła w kontrze na stwierdzenie o jej wątpliwej poczytalności. Obcowanie z martwymi naznaczyło ją swoistym piętnem. – A oferujesz się? – zabrzmiała pytaniem, unosząc wysoko brwi. Nie naznaczyłaby go całunem ożywieńca jedynie z powodów pragmatycznych – był jedną z nielicznych osób, które znosiła jako żywych.
Kąciki jej ust zadrgały nieprzejednanie, aby po chwili poszybować lekko w górę. Nie był to uśmiech w pełnej krasie wyrazu, ciężko jednak było oczekiwać od niej czegokolwiek więcej – w jej osobliwości nigdy nie wpisywały się nagłe wybuchy euforii – tejże zresztą nie odczuwała wybitnie.
Wyciągnęła dłoń, aby po chwili wyciągnąć z jego zapalniczkę – dzieło mugolskie; nigdy nie była dojmującą magirasistką, a krew mieszaną tudzież niemagiczną uznawała za istniejący szkopuł – nie na tyle jednak, aby w jakikolwiek sposób interesowała się kwestiami politycznymi. W gruncie rzeczy przecież, zajmował ją jedynie własny interes i głęboko doceniała fakt, iż nie musiała zajmować się niesnaskami zakrawającym o politykę. Odpaliła więc papierosa, odkładając narzędzie na lśniący stolik.
– Wypada zatem, abyś zabrał mnie ze sobą na tę Antarktydę. Wybudujemy wspólne igloo i będziemy wychowywać pingwiny. Na pewno są bardziej wdzięczne niż pomarszczone niemowlaki – odparła, otulając wargami filtr papierosa.
Parsknęła śmiechem nieomal, na uwadze o Loganie.
– Czy ty właśnie kwestionujesz moją urodę? – zabrzmiała retoryką. – Patrz teraz – dodała po chwili, rozkładając ramiona, aby po chwili odgarnąć pukle włosów za ramię z niebywałym wdziękiem, a na wargi ubrać uśmiech słodki i filuterny w swoim wyrazie. Trwała tak przez kilka sekund, jeden raz przekrzywiając urokliwie głowę, aby po chwili parsknąć śmiechem, wracając do właściwej, niedostępnej formy. – Jak chcę, to potrafię. Chodzi o to, że nie chcę.
Papieros ponownie powędrował ku pełni warg, gdy opierała łokcie na lśniącym blacie stołu. Oczko zaogniło się, wraz z kłębami siwego dymu opuszczającego usta, rozmywając się akwarelą w przestrzeni.
– Muszę się zastanowić. To musi być coś wybitnie głupiego – odparła. – Niedostępnego? Proszę cię, Yaxley, nie umiesz być wobec mnie niedostępny – odparła.
Wychyliła zawartość swojej szklanki jednym łykiem, dłonią dając znać barmanowi, aby napełnił kolejne. W umyśle zaczynało miło szumieć, nie był to jednak stan upojenia w pełnej krasie brzmienia.