Jakże pięknie to brzmiało - wyciągać ręce ku tonącym, by pomóc im się wydostać z kadzi pełnej smoły! Jakże piękny obraz Perseusa wówczas powstawał; oto on, lekarz, śpieszył na ratunek zagubionym duszom, poświęcał się w imię wyższych idei. Cóż za heroizm! Nikt jednak zdawał się nie zauważać - nikt, poza Laurentem o przenikliwym błękicie spojrzenia, docierającym w te miejsca psyche Blacka, o których istnieniu nie chciał mieć pojęcia - że on sam stoi w tej smole, że lepi się do jego skóry i krępuje ruchy. Nikogo nie wyciągał; podnosił jedynie ich kruche ciała, aby utrzymać ich głowy ponad powierzchnią. Tonący natomiast w atawistycznym odruchu mieli tendencje do rozpaczliwego chwytania się wszystkiego wokół, w tym ratownika. Wielokrotnie był więc podtapiany przez miotające się ręce, czerń wlewała się do jego ust, nosa i uszu, sklejała powieki, wdzierała się do płuc. Może właśnie dlatego jego krew miała taki, a nie inny kolor?
Czarna krew, czarne nazwisko, czarne życie.
— Hmm... — mruknął jedynie w odpowiedzi, a na jego czole pojawiła się bruzda wskazująca na to, że nad czymś intensywnie myślał. A choć spoglądał na Laurenta, jego spojrzenie było nieobecne, jakby duchem był bardzo daleko, a z pewnością poza ciemnym gabinetem. Przez cały czas szukał w swej głowie rozwiązania jego problemów, jakieś remedium na dolegliwości młodego Prewetta, które mogłoby mu pozwolić na normalne funkcjonowanie i... zdawało mu się, że błądzi po omacku. Potem jednak przypomniał sobie o istnieniu pewnych eliksirów, stosowanych rzadko i raczej trudnych do zdobycia (to znaczy wymagających raczej wizyty w większej aptece na Pokątnej lub zamówienia ich u konkretnego twórcy eliksirów, lecz przecież nie był to problem) i już otwierał usta, by podzielić się z Laurentem swoim pomysłem, kiedy z jego ust padły słowa, budzące jeszcze większą konsternację Perseusa. Zdążył bowiem zapomnieć o własnych bolączkach na rzecz pomocy Prewettowi - i jak widać, w tej jednej kwestii nie rzucał słów na wiatr; nie była to kwestia warta przejmowania się. Przynajmniej nie w tamtym momencie.
A potem poczuł się, jakby ktoś uderzył go obuchem w głowę; charakterystyczny metaliczny smak krwi rozlał się w ustach Perseusa, zaś w uszach zaczęło dzwonić. To nie decyzja Laurenta go zaskoczyła, a fakt, że powiedział na głos myśl, która nieśmiało kiełkowała w jego głowie - powinien znaleźć sobie innego terapeutę. Kruk z połamanymi, oblepionymi smołą skrzydłami nie nauczy nikogo latać. Tak będzie lepiej dla nich obu; dla szukającego pomocy chłopaka, dla samego Blacka i przede wszystkim, dla małżeństwa, które miało zostać zawarte za niespełna dwa tygodnie.
— Rozumiem — skinął głową — Pozwoli pan, że zarekomenduję kilku moich kolegów.
Dłoń drżała mu, kiedy na wyrwanej z notesu kartce zapisywał nazwiska znanych mu magipsychiatrów wraz z adresami, pod którymi przyjmują. Nie mówił nic więcej, nawet nie odpowiedział na jego deklarację chęci poznania się w mniej oficjalnych okolicznościach, ale jego spojrzenie zdawało się mówić och nie, Laurencie, to bardzo zły pomysł.
Jak przez mgłę pamiętał ciepło dłoni Laurenta kontrastujące z chłodem jego własnej skóry, kiedy ściskał jego rękę na pożegnanie; jednocześnie delikatnie, jakby bał się, że uszkodzi tę kruchą istotę i dostatecznie mocno, aby wyrazić błagalne nie odchodź, choć spomiędzy jego warg nie wyślizgnął się ani jeden dźwięk. Nie był pewien czy i co odpowiedział mu na pożegnanie (czy w ogóle coś powiedział? Czy może zamknął za nim drzwi bez słowa jak ostatni dureń?), ani w jaki sposób znalazł się w łazience na piętrze. Pamiętał, że zdjął buty jeszcze w korytarzu, a czarna jak noc kamizelka i równie ciemna koszula opadły z jego ramion jeszcze na schodach; pierwsza z nich u ich podnóża, druga na samym szczycie. Na moment ostudził go szum wody wypełniającej wannę, na której brzegu siedział przez dłuższą chwilę, aż górny przelew zaczął o sobie znać. Dopiero wtedy zrzucił z siebie resztę ubrań i zanurzył się w zimnej wodzie po samą szyję; drżał przy tym, ale wierzył, że tylko w ten sposób ostudzi jego zszargane zmysły, zmyje z niego wyrzuty sumienia i ukarze za zdradę, jakiej się dopuścił.
Jasne dziecięce śmiechy i pośpieszny stukot kilku par małych stóp przeszyły ciszę brukowanej uliczki. Stary kocur wygrzewający się na pobliskim murku nastawił poszarpane ucho, otworzył jedno oko, a potem przeciągnął się leniwie i znów zapadł w drzemkę. Kolorowy motyl przysiadł na malwie kwitnącej w skromnym ogrodzie przed domem. Złote światło wypełniło czarny gabinet na parterze, czyniąc go odrobinę przytulniejszym niż dotychczas. Lód topił się w pozostawionych niedbale szklankach. Mężczyzna w wannie krzyczał, lecz nikt nie był w stanie go usłyszeć, kiedy jego głowa znajdowała się pod wodą.
![[Obrazek: 2eLtgy5.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=2eLtgy5.png)
if i can't find peace, give me a bitter glory