12.06.2024, 01:26 ✶
Z Morpheusem przy stolikach
Dolohov lubił mieć kontrolę nad absolutnie wszystkim w swoim życiu. Dobierał sobie pracowników tak, żeby móc podejmować ostateczne decyzje i robić to w zgodzie z ich charakterem. Lubił to, że jego córce zależało na uwadze ojca na tyle, aby nie angażować się w głupoty. Nie mógł w pełni kontrolować swojej żony, ale z Annaleigh oboje znajdowali się teraz w pułapce - on jedynie nie wpadł na to, jak wykorzystać to na swoją korzyść, bo głowę miał wciąż zajętą analizowaniem bodźców docierających do niego zewsząd i dopuszczania do siebie wspomnień, które skryły się gdzieś wcześniej, gdzieś pod wieloma dniami, podczas których egzystował permanentnie przyćpany.
Z dużym niepokojem odkrył, że w chwili pojawienia się tutaj Longbottoma, momentalnie przestał być taki wygadany. Może wygadał wszystkie dostępne słowa, kiedy byli jeszcze młodzi? Widział to wyraźnie - towarzyszący im badacze zauważyli, jak nagle zamilkł, zatrzymując tak entuzjastyczny i porywający słowotok, ale ilekroć chciał przerwać ze swojej strony piorunującą ciszę (co dla Dolohova oznaczało zamknięcie gęby na dłużej niż pięć sekund), zamiast mówić, miał ochotę krzyczeć. Tchórzostwo nakazywało mu stąd uciec, bo o ile lubił słowne potyczki, to wizja walki z Morpheusem wydawała mu się być solą na rany, o wiele gorszą karą niż ciche kocham cię prześladujące go od wielu nocy. Przez emocje nie był całkowicie pewny swojej pozycji, a on zawsze musiał wszelkie możliwe kłótnie wygrywać i to tak, że przeciwnicy składali się jak kartka papieru. No więc ucieczka - ale gdzie? To nie on, lecz Longbottom miał tutaj wielu przyjaciół, druhów i kochanków - jedyne osoby dające Vasilijowi możliwość włożenia głowy w piasek rozbiegły się gdzieś po sali, a ostatnie miejsce mogące być dla niego przynajmniej minimalnie wygodne, zostało zniszczone obecnością kogoś, kto... jak on w ogóle śmiał śmieć? Starał się na niego nie patrzeć, bo zwyczajnie nie chciał go zapamiętać. Nie chciał wiedzieć, jak Longbottom się zmienił, odkąd otrzymał odpowiedź na ten cholerny list, wierzył w jego śmierć - zdechł w jego oczach jak pies, dokładnie tego dnia, kiedy potrzebował go najbardziej, kiedy czekał na „damy sobie radę” wykrzyczane na przekór wszystkiemu, a otrzymał obrzydliwe pożegnanie, na jakie nie zdobyłby się nawet on sam, a przecież ledwie dwie sekundy temu rozważał wstanie od tego stolika i odejście, żeby tylko nie znaleźć się z nim bezpośredniej konfrontacji.
Jeżeli będzie gapił się na niego zbyt długo, Morpheus nabierze ludzkich kształtów. Przestanie być wycinkiem z gazety. Nie będzie już mieścił się w pudełku z jego snów, tym malutkim pudełku, które mógł trzymać w kieszeni marynarki i nosić go ze sobą jak amulet na szczęście. Oh wiedział dobrze jak paskudną ułudą to było - z jakiegoś powodu wolał jednak to kłamstwo niż świadomość, że siedzący obok niego Morpheus był dwadzieścia lat starszy i wszystkie te lata przeżył bez niego. Nie. Nienienie. Nie chciał go tutaj widzieć, nie chciał obracać sobie w ruinę ciemnoty, którą sobie zbudował, dawała mu przecież jakieś bezpieczeństwo od świadomości, jaką porażką stało się jego życie osobiste. To z nim chciał budować Prawa Czasu, z nim miał tak żywo dyskutować, z nim miał prowadzić badania, jemu miał przewodzić jako gwiazda, kiedy on żył w jego blasku, z nim miał wracać do domu i całować się tak długo, aż zabrakłoby im tchu. Jaka szkoda, że w tym pięknym wyobrażeniu nie zauważył nawet kiedy Morpheus wymknął mu się z uścisku, kiedy zebrał się w sobie i powiedział mu nie, a później odszedł i zostawił go samego w tym ponurym, zimnym Little Hangleton. Wrócił do swojej cholernej Doliny Godryka, w ramiona ludzi, którzy oddaliby za niego życie, do ciepłego miejsca pachnącego szczęściem i jabłkami, a jemu dał skonać w najsmutniejszym miejscu Anglii, w mieście szaleństwa, w posiadłości spowitej wieczną mgłą, śmierdzącej stęchlizną zniszczonych dusz. Prawa Czasu zbudował sam i jedynym co powstrzymywało go od pieprznięcia go teraz w oko były kłamstwa - że niby zdechł wtedy, ha. Łatwiej było zostać wdowcem niż kimś mierzącym się z byciem najsamotniejszym bogiem tego uniwersum. Nie miał pojęcia jak inaczej trzymać te emocje w ryzach, a kiedy się wylewały, doświadczał komicznego zapewne dla jego wrogów uczucia depersonalizacji.
- Jaką prasę się czyta, takim się mnie widzi - odparł dość chłodnym jak na niego tonem. Tonem ociekającym smutkiem rodzinnej posiadłości, tonem pozbawionym blasku, tonem ludzi zmuszanych torturami do funkcjonowania w narzuconym schemacie. Nie miał szans na udawanie, że go tutaj nie wytrącono z równowagi, ale też mógł pocieszyć się wizją zachowania jakiejkolwiek twarzy - bo to nie o nim przecież pomyślano teraz jak o kimś, kto narzuca się osobie niechcącej mieć z nim do czynienia. Żaden z astronomów nie odważył się wciąć w ich wymianę zdań, nie mogli przecież wiedzieć, z czym konkretnie obcują - powietrze zrobiło się pełne niezręczności. Dolohov był jednak pewien, że przez zimno jego słów pomyślą: Morpheus skutecznie wbił mu szpilę, nawiązując do jego publikacji w Czarownicy. Wielu próbowało mu tym umniejszać, on jednak na to nie zważał - gdyby uważał to za uwłaczające, to by do Czarownicy nic nie pisał. Nie uśmiechnął się pięknie i nie ozdobił tej wypowiedzi entuzjazmem, bo ten bufon na to ani trochę nie zasługiwał. Jeżeli chciał prosić księżniczkę o audiencję, powinien wpierw paść na kolana i błagać o wybaczenie rycząc tak głośno, że dławiłby się własnym szlochem. Za pięć lat pieprzonej pokuty otrzymałby w nagrodę pudełko czekoladek, od których (miał nadzieję) zdechłby szybko. Jak nie miała go zabić cukrzyca, to mógłby się nimi kurwa zadławić. - Bardzo lubię nadawać swoim myślom taki kształt, aby trafiał do jak najszerszego grona ludzi. Taka powinna być przecież nauka - otwarta, inspirująca, budząca twórczą iskrę - i co najważniejsze jego. Najtrudniejszego człowieka do kochania na świecie. Nie bez powodu. - Do czego ty chciałeś zainspirować nas, nawiązując do tego dzieła?
Nie było żadnego słowotoku. Nie dla niego. Nie było ani kawałka jego jestestwa, jaki dałby sobie teraz wyskubać.
with all due respect, which is none