12.06.2024, 01:34 ✶
przy deserkach, odchodzę z Lou na parkiet
Ambrosia niby mówiła do Eliotta i Desmonda, ale na jej twarzy gościł ten delikatny, grzeczny uśmiech, którym często obdarzano innych ludzi ze zwyczajnej konieczności. Bo tak naprawdę to niezbyt ich w tym momencie słuchała, bardziej skoncentrowana na swoim talerzyku, którego trzymała się teraz jak jakiejś deski ratunkowej. Dwójka mężczyzn zwyczajnie przynudzała, jakby samo to wydarzenie towarzyskie samo w sobie nie tonęło dla niej w sennej, zblazowanej atmosferze. Ale może to była tylko i wyłącznie jej wina, bo przecież wiedziała że nigdy się na tego typu imprezach nie bawiła dobrze, a mimo tego przystała na propozycję Lorraine, żeby jej towarzyszyć. Powinna jej wtedy stanowczo wybić ten pomysł z głowy, może wmówić żeby wzięła pod rękę Maeve - przecież Chinka byłaby zachwycona wieczorem z ukochaną, ale zamiast tego spojrzała w te jasne włosy blondynki i poddała się, jakby nie miała za grosz instynktu samozachowawczego.
Zmartwiła się wyraźnie, kiedy Jagoda nagle zaczęła zmieniać kształty i porastać krótką szczeciną, czy jak to się tam nazywało. Może to i nawet miękkie futerko było, ale nie zamierzała jej dotykać w takim stanie, bo z wyglądu była aktualnie podobna do niczego. Co to było, chomik? A może jakaś krzyżówka z dzikiem? Ktokolwiek postanowił stworzyć coś takiego był wyjątkowo nieśmieszny, chociaż im dłużej patrzyła na stworzenie, tym bardziej skłaniała się ku myśli, że było w nim nawet coś uroczego.
Ambrosia pewnie bardzo chętnie by koleżankę odczarowała, ale wieczorowe kreacja absolutnie nie sprzyjały łatwemu noszeniu różdżki. To było mało eleganckie, jak to podsumowała Lorraine, a McKinnon z pewną matczyną pobłażliwością, machnęła tylko na to ręką. Na całe szczęście miały w swoim towarzystwie dwóch chętnych do pomocy panów i tak za sprawą zaklęcia Eliotta, Jaga zaczęła wracać do oryginalnego kształtu.
Blondynka uśmiechnęła się lekko, ale zaraz ten wyraz skrzywił się nieznacznie, kiedy owiała ją aura znajomych perfum. Zabawne, jak drobne elementy otoczenia zdawały się czasem wżynać w pamięć o wiele lepiej nić te wielkie, krzyczące wręcz na odbiorcę i z brutalnością świadczące o swojej obecności. Potrafiła podchwycić jego zapach niczym wprawiony pies myśliwski, ale umysł czasem z rozmysłem zapominał dlaczego w ogóle była w stanie to zrobić. Ciało reagowało za nią, kiedy wyprostowała się nieco, odstawiając naczynie na znajdujący się obok stolik.
- Przepraszam, ale muszę was na trochę opuścić. Jagodo, mam nadzieję, że już wszystko dobrze, a jeśli nie to zostawiam cię w dobrych rękach - o tyle o ile. Uśmiechnęła się do nich jeszcze nieco niemrawo i odwrócił do znajdującego za nią Louvaina. Nie powiedziała nic, tylko podała mu rękę. Chciał tańczyć, więc niech tańczą.
she was a gentle
sort of horror
sort of horror