12.06.2024, 02:57 ✶
tańce na parkiecie
Uśmiechnął się do niej, ale może nieco niemrawo. Ktoś już tańczył na tym parkiecie; ktoś na kim mu zależało i kogo nigdy nie chciał się pozbywać ze swojego życia. Ale jednocześnie zdawała się to najmniej odpowiednia do małżeństwa osoba, ale nie w jego oczach, a raczej jego rodziny. Leviathan mógł tylko wyobrażać sobie, co właściwie na coś takiego powiedziałaby matka, albo jak skomentowałby to jego ojciec. A co na to inni, którzy służyli Czarnemu Panu?
Nieprzyjemne uczucie wspięło mu się wzdłuż kręgosłupa, kiedy o tym myślał, przez co Morpheusowi odpowiedział tylko skinięciem głowy, kiedy ten przemknął obok nich, rzucając... komplementem? Czy to w ogóle można było traktować w tych kategoriach?
Obejmował ją delikatnie, jednocześnie z całą pewnością prowadząc po parkiecie, najlepiej tak żeby jak najmniej zakręcić jej w tej strutej po wczorajszym dniu głowie.
- Byłem pewien, że twoje towarzystwo zajmie się tobą odpowiednio - odpowiedział, niby to odrobinę złośliwie, niby to całą tą sytuacją wyraźnie rozbawiony. - Brzmi jak każda potańcówka. Czy to weselna, czy organizowana w stodole. Ważne, że się dobrze bawiłaś - bo miał nadzieję, że nawet jeśli go ze sobą nie zabrała, to wciąż miło spędziła czas. Chociaż coś w nim chciało, żeby wcale nie sprzyjał jej wczorajszego wieczora humor. Żeby jego towarzystwo było jej o wiele milsze.
Jej prośby zostały chyba wysłuchane, bo Levi jej ewentualne taneczne popisy puścił mimo uszu i nie zamierzał drążyć akurat tego tematu. Teraz tańczyła z nim, zamknięta w jego objęciach i to się tylko liczyło. No, prawie.
- Chyba nie? - rzucił niby to gładko, ale krok jakby stał się nieco sztywniejszy, a dłonie z większą stanowczością poprawiły się na jej talii czy dłoni. - A któż to był tym szczęśliwcem? Jest. Może gdzieś się tutaj dzisiaj kręci?