— Wie pan, zabawne jest to, że podczas zakładów, kto z mojego rodzeństwa pierwszy umrze, to ja byłem zwykle numerem jeden— zaśmiał się krótko, kręcąc głową, w reminiscencji lat, gdy ledwo odrósł od szkolnych szat, gdy miał złamane serce i pełną gniewu duszę. — Pozwolę sobie na szczerość, panie Bagshot, bo brzmi pan na kogoś bardzo sympatycznego. W ogólnej świadomości czarodziejów II Wojna Światowa nie istnieje. Spłynęła jak po kaczce. Była dla angielskich czarodziejów albo polem do poczucia się bohaterem, albo zstąpienia na ścieżki czarnoksięstwa z minimalną możliwością odkrycia przez służby. Może zmieni pan podejście socjety, ale wątpię. Jak już wspomniałem, w tamtych czasach byłem w szkole, dostatecznie dorosły, aby rozumieć sytuację na świecie. I wtedy też nikt, absolutnie nikt, nie obawiał się wojny. Nie tak rzeczywiście.
Zapatrzył się na pękające pęcherzyki białej piany na jego piwie. Odpłynął na chwilę myślami w dal. Nagle koło jego ręki usiadła nieduża sówka ministerialna. Znał ją. Odwiązał bilecik przywiązany do jej nóżki. Ich czas się skończył, należało chronić świat przed złem, którego nikt się nie spodziewa, przed spełnieniem przepowiedni w nieodpowiedni sposób. Przeprosił Isaaca, ale chciał dokończyć jeszcze myśl, zanim wyszedł.
— Będę o nich pisać, o nich myśleć, lecz wiesz, co sądzę? Że portrety, których potrzeba, to te, które ukazują twarze zła. Bo gdy myślimy o śmierciożercach, nie myślimy o tym, że to twarze osób, które uśmiechają się do nas, mówią dzień dobry. Widzi pan, panie Bagshot, ideologią Czarnego Pana jest czysta krew. Co oznacza, że prawdopodobnie uścisnąłem dłoń, stuknąłem się kieliszkiem przynajmniej z jednym z nich. Może obejmowałem do zdjęcia mordercę mojego brata. To, co rozdziela wilka od owcy nie jest sprawą dobra i zła. Obie strony mają zęby, ale tylko niektórzy postanawiają ich użyć.
I uśmiechnął się do mężczyzny i zdawało się, że w jego ustach lśni ich za dużo.