Stres? Nie, skądże. Kto by się stresował w takiej sytuacji? Przecież to nie tak, że to moment wkroczenia na deski teatru, sceny, która rozgrywała się przed oczami licznie zebranych czarodziei. Sceny, którą widać nawet jeśli nie bezpośrednio z publiki i widowni to ze wszystkich straganów. Czuł się niepewnie, stres był wpisany w to wydarzenie, ale jednocześnie ekscytacja była budowana tak ciekawością jak i możliwością bycia częścią czegoś takiego. Myślał, że mógłby stworzyć z tego coś naprawdę pięknego... i było mu szkoda. Może kiedy indziej, może w innym miejscu, w innym czasie...
Przez moment pochłaniała go rozmowa z osobą nadzorującą to przedsięwzięcie, a miała ona przy tym niepewną i dziwną minę. Laurent nie zamierzał jej przekonywać ani naciskać, chociaż doskonale wiedział, że kiedy chcesz się sprzedać to właśnie to musisz robić - pokazać innemu człowiekowi, że może ci zaufać i że lepszej osoby nie znajdzie. Ale to nie końmi teraz handlował, nie o stworzenia z rezerwatu walczył. Spojrzał na Pepe, która oglądała również przedstawienie i uśmiechnął się do niej, zanim Nora jeszcze zeszła ze sceny. Ją również obdarzył ciepłym pocałunkiem i zaklaskał cicho, ostrożnie w dłonie na znak tego, że jest z niej dumny i że wyglądało to przepięknie. Bo wyglądało. Szczególnie sam finał, przy którym wyglądała w rękach umalowanego czernią Flynna jak złota gwiazda iskrząca na samotnym, pustym niebie. Chociaż jedna, która lśniła. Tak też brzmiała ta opowieść - o nadziei, która zajaśniała wśród mroku.
Wyszedł powoli na scenę, kiedy kobieta obok powiedziała mu, albo dała znak, że już czas. Czy to głupie, że myślał o tym, że najgorszą rzeczą mogłoby być potknięcie się? Nigdy nie uważał się za dobrego aktora, może i miał wyczucie muzyki, ale znał ledwo klasyczne tańce. Innymi słowy - był nienadającą się osobą w nieodpowiednim miejscu. Niepewność była wpisana w kocią naturę, kiedy wkraczały na teren, którego nie znały. Teren obcy. Zajęty w dodatku przez istotę, która szybkimi ruchami przemieszczała się po scenie tanecznym krokiem. Laurent stawiał swoje długie nogi jedna za drugą, równo, prawie jak kot. Cichuteńko nucił pod nosem. Dla samego siebie. By samemu sobie stworzyć wrażenie, że nie ma tu żadnych innych ludzi - tylko on i Crow w zdziczałej roli.
Te ostrożne kroki dopasowane do rytmiki rzeczywiście w pierwszej chwili powiodły go ku Flynnowi. Umknął. Obrócił za nim głowę, ale tylko tak, by widzieć go w kąciku oka. Obrócił się za nim przez drugie ramię i zrobił kolejne dwa kroki w jego kierunku... ale kiedy drugie zwierzę umyka to czy naprawdę trzeba je gonić? Dla drugiego kota to była zabawa, a co oznaczało dla niego? Że może go zignorować. Więc kiedy za trzecim razem wydawałoby się, że obracając się ruszy w jego kierunku po prostu wyszedł na środek sceny i uśmiechnął się lekko pod nosem na tę myśl o niesfornym kociaku. Kot? Cóż, na pewno jemu w roli przypadła teraz rola rasowej kici, więc jak rasowa kicia się zachował. Przeciągnął się leniwym ruchem, zmysłowym, wygiął plecy w łuk i spojrzał na swoje ręce, jakby oceniając swoją wartość. Na ten pierścionek na palcu. Na drugą rękę. Usiadł. Albo raczej: wyłożył się na tych deskach, opierając o nie jedną ręką, wyciągając lekko zgięte nogi, spoglądając na swoje paznokcie. Tracąc zupełnie zainteresowanie zdziczałym kotem, który nie chciał nawet wyjść na spotkanie. Czasem jednak zerkał na istotę, kiedy podchodziła zbyt blisko. A w końcu, niby z łaską, nie patrząc na niego, wystawił ku niemu dłoń. Prawie jakby oczekiwał, że ucałuje jego koniuszki palców.
Koty były prostsze w oswojeniu, niż się większości wydawało.
Wystarczyło je ignorować - ciekawość i poczucie bezpieczeństwa same je przygnają do ciebie.