Tylko, czy Victoria w ogóle się podniosła z kolan? Czy raczej po prostu szorowała nimi po podłożu i robiła dobrą minę do złej gry? Czuła się bezsilna i miała dość na tak wielu poziomach, a widząc koniec poczuła, że ma w dupie jeszcze więcej rzeczy, w tym i niektóre konwenanse. To przynajmniej jeśli chodziło o nią samą, bo bliskich jej ludzi nadal chętnie otoczyłaby delikatnym kokonem, by mogli odpocząć, a w odpowiednim momencie przeobrazić się w motyla (albo ćmę…) i wzlecieć na własnych, pięknych skrzydełkach. Doglądałaby wtedy każdego kwiatka, na którym mogliby usiąść, każdej pogody, by nie stała im się krzywda. Laurent… był właśnie tak delikatny jak najpiękniejszy motylek o niebieskich skrzydłach i fantazyjnym wzorze czerni i pomarańczu. Piękny, gdy rozkładał skrzydła i wzbijał się w powietrze, jeszcze piękniejszy, gdy przysiadał na wyciągniętej do niego dłoni, by spocząć. Ale motyla łatwo było zgnieść… albo zachować jego piękno na dłużej, wbijając szpilkę w jego tułów, trzymać za gablotką… może więc lepiej by było, żeby Laurent tego piękna każdemu nie pokazywał, był przecież taki delikatny. Martwiła się o niego tym bardziej, że był osobą złakniona na czułości i miłe słowa łechtające jego duszę. Wydawał się w tym niemalże nieśmiały… a przecież był w wielu gestach wręcz nazbyt odważny.
Tutaj, w sycylijskim słońcu, Victoria czuła się obca. Nikt nie patrzył na nią w ten zlękniony sposób, nikt nie szeptał że to ta Zimna, że wyszła z Limbo, że przeżyła spotkanie z Voldemortem, czy cokolwiek innego. Mogła po prostu spacerować z Laurentem, uśmiechać się i śmiać, przez moment czuć się prawdziwie wolna. Czuła chyba to samo co on, ten spokój i niemal ulgę, nawet jeśli dotychczas Victoria nie miała problemu z tym, by gdzieś z Laurentem wyjść i się pokazać, wziąć go pod rękę i tak dalej. Grzecznie. Nawet jeśli czasami czuła to znacznie inne i mocniejsze przyciąganie, to sama postawiła granicę, której nie chciała łamać pod wpływem krótkiej chwili słabości – to nie byłoby w porządku ani względem Laurenta, ani jej samej. Na szczęście te wszystkie gęsty, objęcie, złapanie za rękę – to nie była żadna gra, ani próba charakteru, a po prostu okazanie prostej ludzkiej czułości do drugiego, kochanego człowieka.
Może to dobrze, że Laurent postanowił najpierw się odezwać, nim jej dotknął. Victoria miała przymknięte oczy i niemal podskoczyła na ten nagły dźwięk głosu tuż przy jej uchu, gdy wokół niej jeszcze przed sekundą grała muzyka na balu urodzinowym. Odeszła od grupki starszych mężatek, by stanąć przy długim stole bardziej z boku, jakie wino powinna dzisiaj wybrać? Nie wiedziała. Na opuszkach palców ciągle czuła to surrealistyczne wrażenie odizolowania, ciągle szepty… nie wymierzone w nią, nie, ale tego dnia wszyscy szeptali. Kilka dni temu Voldemort ogłosił swój manifest… każdy mógł być tym złym. Czy to tylko nie pogłębiało tego wrażenia? Napięcia, izolacji, odosobnienia… Poddała się temu uczuciu. Lecz zamiast krótkiego Merlot?, usłyszała co innego i zaraz ciepłe dłonie objęły ją od tyłu, a do jej nosa dotarł zapach perfum Laurenta. Lubiła je bardzo.
– Tak… Tak, szkoda – odparła cicho, chociaż jej głos był nieco zachrypnięty. Nawet nie poczuła, że przed momentem była cała napięta, na nowo wspominając tamten pamiętny wieczór… Laurent mógł to poczuć, bo w dwie sekundy jej ciało się rozluźniło w jego objęciu. – Noce tutaj są pewnie zupełnie inne niż w Anglii – dodała, na moment dodając swój ciężar ciała jemu. – Czemu wyszedłeś? Nikt nie okazał się wystarczająco ciekawy? – zaczepiła go, oczywiście, ale powiedziała to miłym tonem, a zaraz po tym uniosła swój kieliszek, by napić się łyka drinka, którego ciągle miała ze sobą.