03.01.2023, 21:40 ✶
Ostatnie dni były dla Fergusa dziwne. Nie dało się nie zauważyć, że miał lepszy humor, ale jednoczesnie dość łatwo się peszył. Przede wszystkim jednak jego myśli były rozproszone i dalekie od tego, na czym powinien się skupić, więc powodował w pracy jeszcze więcej wypadków, niż zazwyczaj i nawet ich nie dostrzegał. Póki pracował z Geraintem, ten wysyłał go na częste przerwy, dawał mniej wymagające zadania albo po prostu kazał stać za ladą i się miło uśmiechać (co nie było trudno, biorąc pod uwagę jego nastrój). Gdy jednak wrócił jego ojciec, sprawy się pokomplikowały. Oczywiście nie obyło się bez kazania na temat drzwi i zrzucenia całej winy na nieuwagę Fergusa, co zlekceważył, przyzwyczajony do tego rodzaju uwag. I znów skończył w terenie, chociaż raz czując się lepiej poza sklepem, nawet jeśli kontrahenci go irytowali.
Spotkanie z Castielem naprawdę go cieszyło, choć większość dnia chodził jak na szpilkach, obawiając się wyjścia z nim w miejsce publiczne. Zdążył już przywyknąć do tego, że mieli więcej prywatności. Musiał się tylko uspokajać tym, że nikt nic nie wie, nikt nie widzi i nie słyszy, skoro Flint rzucił zaklęcie wyciszające. Nie żeby rozmawiali na jakieś zakazane tematy, skoro poruszył zagadnienie pracy Fergusa. Nie przeszkadzało mu to jednak w rzucaniu mu tęsknych spojrzeń i próbach nie zatrzymywania wzroku na ustach, których nie miał szansy dziś posmakować.
- Zauroczyć to może za dużo powiedziane, raczej podlizywać, żeby się czasem na nas nie poobrażali - zaznaczył, znów wzdrygając się na myśl o starym Meadowsie i jemu podobnych. Nie wyglądało to tak, jak zapewne wyobrażał sobie Castiel, żadnych herbatek i cywilizowanych rozmów. Zdarzało się, że Fergus musiał uciekać przed klątwą albo siekierą rzuconą w jego stronę, bo wkurzył starego dziada jakąś nieprzychylną uwagą, po której jego ojciec musiał się kłaniać i zapewniać o lojalności, byle zyskać kawałek drewna. Masakra, krótko mówiąc, ale jakoś musieli sobie radzić, a nie wypadało tego drzewa kraść.
- Myślisz, że ja mam? - zażartował. - Czy ja wyglądam jak chodząca cierpliwość?
Był porywczy i nierozmyślny, ale może nawet miał też w sobie tę odrobinę cierpliwości do starszych ludzi, przyzwyczajony przez swojego ojca. Mógł słuchać sporo na swój temat i machnąć na to ręką, jeśli miał w dupie zdanie tej osoby. Co innego, gdy mu zależało, ale wątpił, by ktokolwiek z jego bliskich miał go w najbliższym czasie obrażać.
- Wierzę, że są łagodne. Po prostu ich nie widzę, dlatego potrzebuję pomocy - westchnął, odchylając się na krześle i spoglądając przez chwilę na otaczających ich czarodziejów. Czy kogoś z nich spotkał dramat oglądania czyjejś śmierci, dzięki czemu mógł widzieć te piękne stworzenia? Tylko czy warto cierpieć dla samego faktu ich ujrzenia? Tragedią testrali było to, że znajdowały zrozumienie tylko od osób, które poznały prawdziwy smutek.
- A to już inna bajka, trzeba dogadywać się z myśliwymi, żeby nie uszkodzili rdzenia i odpowiednio go przechowywać - wyjaśnił kolejną zagwozdkę. - Ale proszę, nie pytaj o smoki, bo niedobrze mi na samą myśl.
Smoki, nieszczęsne gady, które jako jedne z niewielu musiały umrzeć, by pomóc usidlić moc czarodzieja. Sam miał różdżkę z włóknem z serca jednego z nich, chyba opalookiego, jeśli wierzyć rodzinnym opowieściom. Póki nie wyobrażało się sobie tego stworzenia, było to nawet znośne, niczym kolejny włos czy pazur. Może to go najbardziej w jego własnej różdżce bolało; lubił zwierzęta, nawet jeśli one czasami chciały go pożreć.
Zamyślił się na moment, upijając kolejny łyk piwa. Stracił kontakt z rzeczywistością ma tyle, że wzdrygnął się, podskakując na krześle, gdy usłyszał uwagę Castiela. Mimo to instynktownie sięgnął dłonią do ust, wycierając jej wierzchem pianę, która lekko się rozmazała.
- Lepiej? - spytał, niepewny tego, jak wyglądał, bo nie mógł tego sprawdzić. Musiał zaufać oględzinom Castiela.
Obserwował przez moment, jak blondyn dalej bawi się zapalniczką. Może powinien mu ją oddać, skoro sprawiała mu aż tyle frajdy? Wiedział przecież, gdzie zdobyć kolejne. Wystarczyło jedynie pilnować, by Flint nie postanowił sprawdzać jej działania w wodzie, bo jedynie by ją uszkodził. Parsknął śmiechem na samą myśl o kąpieli z tym urządzeniem, zaraz jednak się powstrzymując, bo wyglądało to dość dziwnie. Zamiast tego sięgnął w kierunku różdżki Castiela, celowo zahaczając palcami o jego dłoń i przytrzymując ją nieco dłużej, niż powinien. Tęsknił za jego dotykiem i nawet ta niewielka namiastka mogła mu teraz pomóc. Zbyt łatwo jednak mógł się rozproszyć, więc postanowił przyjrzeć się różdżce.
- To robota mojego dziadka - zauważył, rzeczywiście zaskoczony. - Jedna z ostatnich, bo zmarł zanim poszedłem do Hogwartu. Był wyjątkowo wierny dewizie, że to różdżka dostosowuje się do czarodzieja - ciągnął dalej, nawet nie zauważając, że uśmiecha się pod nosem na te wspomnienia. - Wiesz, one się dostosowują do charakteru osoby, z którą mają… nie wiem, jak to ująć… żyć? Bo to nie jest zwykły patyk, tylko twój partner. Nie wiem, co myślał dziadek, kiedy to rzeźbił, ale nie siadamy przy stole i nie stwierdzamy: „a, tu sobie jebnę kwiatki”, masz wizję i ją tworzysz. - Podniósł wzrok na Castiela, szukając zrozumienia w jego twarzy, ale sam do końca nie potrafił tego pojąć, więc jak miał wyjaśnić to laikowi? - Z czasem niektóre wzory mogą się zetrzeć, drewno nie jest stałe, twoja chyba wyjątkowo dostosowała się do twojej dłoni - zażartował, unosząc ją bliżej oczu, żeby przyjrzeć się nierównościom. - Coś ty z nią, do cholery, robił? - zapytał nagle, marszcząc brwi i wyciągając w jego kierunku tę różdżkę, na której tworzyła się długa rysa, mogąca w każdej chwili przemienić się w pęknięcie, co nie wróżyło dobrze. - Naprawa twojej różdżki miała być jedynie wymówką, nie rzeczywistością.
Nie mógł wiedzieć, co jego dziadek powiedział Castielowi, ani widzieć jego wzroku, bo sam był wtedy małym dzieckiem, które miało trzymać się z daleka od różdżek. Gdyby Flint wspomniał mu o tym na głos, pewnie rzuciłby uwagą o zagrożeniu w postaci poderwania wnuka. Teraz jednak naprawdę się niepokoił tym, co zobaczył i wcale się nie dziwił, że blondyn przypadkowo stopił zamek w drzwiach. Nawet trochę uszkodzona różdżka potrafiła robić numery, ale przede wszystkim być niebezpieczna. Już miał go przekonywać, że powinni się tym zająć, jak tylko wytrzeźwieją, bo nie powinien pracować nad czymś tak poważnym nawet po jednym piwie, ale po raz kolejny się rozproszył. Nie umiał patrzeć na Castiela i być całkowicie rozsądnym, nawet kiedy wymagała tego sytuacja. Żołądek robił mu fikołka za każdym razem, gdy ten się do niego uśmiechał.
- Włosy jednorożców, drażliwy temat - mruknął na temat kradzieży. Przypomniało mu to przy okazji, że Brenna obiecywała mu wywoływanie demonów z pomocą czekoladowego ciasta i powinien zacząć ją o to męczyć. Nawet jeśli sprawa upiorów nie była realna do wykonania, tort już jak najbardziej.
- Lubię zwierzęta, niektóre nawet mi ufają, ale na przykład koty mnie nie lubią, zwłaszcza taki jeden jest złośliwy, wspominałem ci chyba o nim - powiedział, znów nawiazując do Salema, który prychał na niego za każdym razem, gdy ten pojawiał się w pobliżu, zwłaszcza po papierosie.
Popchnął delikatnie palcem zapalniczkę, chcąc sprawdzić, czy zmieni swój bieg, ale chociaż drgnęła, szybko wróciła na właściwy tor. To był prosty czar, niezbyt wymagający. Mimo wszystko podobał mu się, lubił patrzeć na magię Castiela, miała w sobie jakąś taką dziecięca radość. Coś, co dało się też dostrzec na twarzy Fergusa, gdy o nim myślał.
Spotkanie z Castielem naprawdę go cieszyło, choć większość dnia chodził jak na szpilkach, obawiając się wyjścia z nim w miejsce publiczne. Zdążył już przywyknąć do tego, że mieli więcej prywatności. Musiał się tylko uspokajać tym, że nikt nic nie wie, nikt nie widzi i nie słyszy, skoro Flint rzucił zaklęcie wyciszające. Nie żeby rozmawiali na jakieś zakazane tematy, skoro poruszył zagadnienie pracy Fergusa. Nie przeszkadzało mu to jednak w rzucaniu mu tęsknych spojrzeń i próbach nie zatrzymywania wzroku na ustach, których nie miał szansy dziś posmakować.
- Zauroczyć to może za dużo powiedziane, raczej podlizywać, żeby się czasem na nas nie poobrażali - zaznaczył, znów wzdrygając się na myśl o starym Meadowsie i jemu podobnych. Nie wyglądało to tak, jak zapewne wyobrażał sobie Castiel, żadnych herbatek i cywilizowanych rozmów. Zdarzało się, że Fergus musiał uciekać przed klątwą albo siekierą rzuconą w jego stronę, bo wkurzył starego dziada jakąś nieprzychylną uwagą, po której jego ojciec musiał się kłaniać i zapewniać o lojalności, byle zyskać kawałek drewna. Masakra, krótko mówiąc, ale jakoś musieli sobie radzić, a nie wypadało tego drzewa kraść.
- Myślisz, że ja mam? - zażartował. - Czy ja wyglądam jak chodząca cierpliwość?
Był porywczy i nierozmyślny, ale może nawet miał też w sobie tę odrobinę cierpliwości do starszych ludzi, przyzwyczajony przez swojego ojca. Mógł słuchać sporo na swój temat i machnąć na to ręką, jeśli miał w dupie zdanie tej osoby. Co innego, gdy mu zależało, ale wątpił, by ktokolwiek z jego bliskich miał go w najbliższym czasie obrażać.
- Wierzę, że są łagodne. Po prostu ich nie widzę, dlatego potrzebuję pomocy - westchnął, odchylając się na krześle i spoglądając przez chwilę na otaczających ich czarodziejów. Czy kogoś z nich spotkał dramat oglądania czyjejś śmierci, dzięki czemu mógł widzieć te piękne stworzenia? Tylko czy warto cierpieć dla samego faktu ich ujrzenia? Tragedią testrali było to, że znajdowały zrozumienie tylko od osób, które poznały prawdziwy smutek.
- A to już inna bajka, trzeba dogadywać się z myśliwymi, żeby nie uszkodzili rdzenia i odpowiednio go przechowywać - wyjaśnił kolejną zagwozdkę. - Ale proszę, nie pytaj o smoki, bo niedobrze mi na samą myśl.
Smoki, nieszczęsne gady, które jako jedne z niewielu musiały umrzeć, by pomóc usidlić moc czarodzieja. Sam miał różdżkę z włóknem z serca jednego z nich, chyba opalookiego, jeśli wierzyć rodzinnym opowieściom. Póki nie wyobrażało się sobie tego stworzenia, było to nawet znośne, niczym kolejny włos czy pazur. Może to go najbardziej w jego własnej różdżce bolało; lubił zwierzęta, nawet jeśli one czasami chciały go pożreć.
Zamyślił się na moment, upijając kolejny łyk piwa. Stracił kontakt z rzeczywistością ma tyle, że wzdrygnął się, podskakując na krześle, gdy usłyszał uwagę Castiela. Mimo to instynktownie sięgnął dłonią do ust, wycierając jej wierzchem pianę, która lekko się rozmazała.
- Lepiej? - spytał, niepewny tego, jak wyglądał, bo nie mógł tego sprawdzić. Musiał zaufać oględzinom Castiela.
Obserwował przez moment, jak blondyn dalej bawi się zapalniczką. Może powinien mu ją oddać, skoro sprawiała mu aż tyle frajdy? Wiedział przecież, gdzie zdobyć kolejne. Wystarczyło jedynie pilnować, by Flint nie postanowił sprawdzać jej działania w wodzie, bo jedynie by ją uszkodził. Parsknął śmiechem na samą myśl o kąpieli z tym urządzeniem, zaraz jednak się powstrzymując, bo wyglądało to dość dziwnie. Zamiast tego sięgnął w kierunku różdżki Castiela, celowo zahaczając palcami o jego dłoń i przytrzymując ją nieco dłużej, niż powinien. Tęsknił za jego dotykiem i nawet ta niewielka namiastka mogła mu teraz pomóc. Zbyt łatwo jednak mógł się rozproszyć, więc postanowił przyjrzeć się różdżce.
- To robota mojego dziadka - zauważył, rzeczywiście zaskoczony. - Jedna z ostatnich, bo zmarł zanim poszedłem do Hogwartu. Był wyjątkowo wierny dewizie, że to różdżka dostosowuje się do czarodzieja - ciągnął dalej, nawet nie zauważając, że uśmiecha się pod nosem na te wspomnienia. - Wiesz, one się dostosowują do charakteru osoby, z którą mają… nie wiem, jak to ująć… żyć? Bo to nie jest zwykły patyk, tylko twój partner. Nie wiem, co myślał dziadek, kiedy to rzeźbił, ale nie siadamy przy stole i nie stwierdzamy: „a, tu sobie jebnę kwiatki”, masz wizję i ją tworzysz. - Podniósł wzrok na Castiela, szukając zrozumienia w jego twarzy, ale sam do końca nie potrafił tego pojąć, więc jak miał wyjaśnić to laikowi? - Z czasem niektóre wzory mogą się zetrzeć, drewno nie jest stałe, twoja chyba wyjątkowo dostosowała się do twojej dłoni - zażartował, unosząc ją bliżej oczu, żeby przyjrzeć się nierównościom. - Coś ty z nią, do cholery, robił? - zapytał nagle, marszcząc brwi i wyciągając w jego kierunku tę różdżkę, na której tworzyła się długa rysa, mogąca w każdej chwili przemienić się w pęknięcie, co nie wróżyło dobrze. - Naprawa twojej różdżki miała być jedynie wymówką, nie rzeczywistością.
Nie mógł wiedzieć, co jego dziadek powiedział Castielowi, ani widzieć jego wzroku, bo sam był wtedy małym dzieckiem, które miało trzymać się z daleka od różdżek. Gdyby Flint wspomniał mu o tym na głos, pewnie rzuciłby uwagą o zagrożeniu w postaci poderwania wnuka. Teraz jednak naprawdę się niepokoił tym, co zobaczył i wcale się nie dziwił, że blondyn przypadkowo stopił zamek w drzwiach. Nawet trochę uszkodzona różdżka potrafiła robić numery, ale przede wszystkim być niebezpieczna. Już miał go przekonywać, że powinni się tym zająć, jak tylko wytrzeźwieją, bo nie powinien pracować nad czymś tak poważnym nawet po jednym piwie, ale po raz kolejny się rozproszył. Nie umiał patrzeć na Castiela i być całkowicie rozsądnym, nawet kiedy wymagała tego sytuacja. Żołądek robił mu fikołka za każdym razem, gdy ten się do niego uśmiechał.
- Włosy jednorożców, drażliwy temat - mruknął na temat kradzieży. Przypomniało mu to przy okazji, że Brenna obiecywała mu wywoływanie demonów z pomocą czekoladowego ciasta i powinien zacząć ją o to męczyć. Nawet jeśli sprawa upiorów nie była realna do wykonania, tort już jak najbardziej.
- Lubię zwierzęta, niektóre nawet mi ufają, ale na przykład koty mnie nie lubią, zwłaszcza taki jeden jest złośliwy, wspominałem ci chyba o nim - powiedział, znów nawiazując do Salema, który prychał na niego za każdym razem, gdy ten pojawiał się w pobliżu, zwłaszcza po papierosie.
Popchnął delikatnie palcem zapalniczkę, chcąc sprawdzić, czy zmieni swój bieg, ale chociaż drgnęła, szybko wróciła na właściwy tor. To był prosty czar, niezbyt wymagający. Mimo wszystko podobał mu się, lubił patrzeć na magię Castiela, miała w sobie jakąś taką dziecięca radość. Coś, co dało się też dostrzec na twarzy Fergusa, gdy o nim myślał.