21 stycznia 1972
Aleja horyzontalna, mieszkanie Lycoris Black
Lycoris Black i Logan Borgin
Zimowa noc skuwała lodem ogołocone konary drzew, welonem śniegu wyściełając Londyn, za którego horyzontem prędko nikły ostatnie promienie słońca wychylające się zza strzelistych budynków; temperatury minusowe nie przeszkadzały jej w żadnej mierze – do tego stopnia, że okiennice wciąż pozostawały uchylone, chłodnymi językami muskając jej nagą skórę ramion. Wszystkie nieprzespane noce spędzała w sposób ułożony w jedną modłę – siedząc w masywnym fotelu wraz z jedną z ksiąg; nigdy nie była zapaloną czytelniczką, jednak książki opiewające taktyki w szachach – sporcie, w którym nie miała sobie równych – zawsze ściągały jej uwagę. Wertowała więc pożółkłe stronice, księga zapewne liczyła solidne dziesiątki lat i jak wiele jej podobnych znalazła swoje miejsce w jej skromnej biblioteczce. Co rusz mocniejszy powiew mroźnego wiatru, kłującego swą zimną dłonią, sprowadzał na jej plecy dreszcz, przebiegający raptem na palcach po nagiej skórze.
Zakład, którego się podjęła, a którego jednocześnie nie traktowała z pełną dozą powagi, wirował gdzieś pośród meandrów umysłu; Logan Borgin był wszak mężczyzną, którego uznawała – nawet w całej swojej sceptyczności – za atrakcyjnego fizycznie i niemniej frapującego osobowościowo. Pośród ich przeszłości, plecionej latami odległymi, pamiętała najdobitniej sposób, w jaki go spławiła, licząc raptem dwanaście lat, a co położyło się kłamem na ich relacji na długość przemijających dekad.
Oczywiście, byli ze sobą jednako blisko, współtworząc jedną klikę na rozciągłości lat edukacji.
Ich relacja, jakimś absurdalnym sposobem, przetrwała także po opuszczeniu murów hogwardzkich; zdarzało mu się nawet obudzić lekkie drżenie kącików ust swoją bezpardonową obecnością. Posiadali też jeden wspólny mianownik – okrutnie mocno lubili kpić z bankietowych kuluarów, sącząc cynizm wypływający spomiędzy warg z każdą głoską podczas spędów wysoce urodzonych.
Lubiła wychylać z nim nieprzyzwoite ilości alkoholu podczas balów poważnych i tych mniej; niejednokroć czynili wyścigi, których celem było zhańbienie się możliwie mocno podczas nich. Czyniąc lichy namysł – nic dziwnego, że ich relacja przetrwała mnogość lat.
Odziana w długie, czarne spodnie o rozkloszowanych nogawkach i w równie kruczy w barwie stanik – odrobinę bardziej zabudowany niż standardowa bardotka, słysząc dzwonek do drzwi mieszkania pokalała ją pewność, jakoby to Perseus ponownie zechciał zaskoczyć ją swoją obecnością w środku nocy.
Pierwsza trzydzieści dwie.
Nie zarzuciła na nagie ramiona szlafroka, pewna ujrzeć w ryzach framugi własnego brata; podeszła więc spokojnie do drzwi, porzucając księgę na szafce nocnej. Bezsenność kładła się piętnem na jej osobie, okrywając ją barchanowym całunem zmęczenia – ostatnimi czasy to ona zastawała ją najczęściej nieśpiącą; objęcia Morfeusza porywały ją dopiero gdy brylanty gwiazd powoli zostawały przyćmione przez wschód słońca.
– Czy Eunice nie jest zła… – …że przychodzisz do mnie w środku nocy? zamarło na jej wargach, gdy uniosła spojrzenie i zastała tam nie chuderlawą, anemiczną postać starszego brata, lecz parszywe oblicze Logana.
– Borgin, na bogów, wolałabym, abyś był teraz z jedną z kochanek, zamiast w moich drzwiach – rzekła zrezygnowana, nijak nieprzejęta własną półnagością.
Przesunęła się, torując jasną przestrzeń, aby ten wtoczył się do jej mieszkania, aby za jego plecami zamaszyście zamknąć drzwi.