Dla Victorii to był dość intensywny wieczór; właśnie trzeci raz sprawdzała, czy na pewno wszystko, czego potrzebuje na Wielką Wyprawę do Afryki, ze sobą spakowała, czy nie zapodziała jakiejś Bardzo Ważnej Rzeczy w losowym miejscu w swoim domu (wątpliwe, Victoria była bardzo poukładaną osobą i miała też wszystko poukładane w domu, absolutnie każda rzecz miała swoje miejsce), albo czy może Ktoś jej czegoś dla żartu nie przestawił. Sprawdzała właśnie z listą, czy wszystko ma: dokumenty, odpowiednie ubrania, zezwolenia, przewodnik (tak na wszelki wypadek…), zapas podstawowych, ale jakże przydatnych eliksirów, czekoladowe żaby, dodatkowe pieniądze, adresy i inne sprawunki. Ba, na dno swojej torby podróżnej wrzuciła nawet odznakę aurora i kajdanki, tak na wszelki wypadek. Miała się zerwać z łóżka w środku nocy, żeby razem z Brenną zdążyć na statek i właśnie myślała, czy to nie dobry moment, by wziąć dłuższą kąpiel, kiedy wielkie ptaszysko zastukało w szybę jej sypialni, a jej dwa koty zaczęły się jakoś bardziej interesować oknem. Lestrange przekrzywiła głowę, zaskoczona, widząc bardzo charakterystyczną harpię królewską czekającą, aż wpuści ją do środka, a która trzymała w łapie list. W pierwszej chwili pomyślała, że może to Anthony życzy jej dobrej podróży, wszak wiedział doskonale, kiedy Victoria wyrusza w podróż, w drugiej zaś chwili przyszło jej do głowy, że może nastąpiły jakieś problemy w ostatnim momencie i Anthony chciał ją o tym poinformować?
Dość niecierpliwie dorwała się do listu, ale jego treść była ostatnim, czego się spodziewała tego wieczoru przeczytać. Pobladła. Nagle to całe pakowanie się przestało być takie ważne. Jej koty straciły zainteresowanie Ptolemeuszem i zaskoczone patrzyły na Victorię, która nagle nie poruszała się powoli, jakby miała czas na wszystko na tym świecie, a która dość chaotycznie porwała z garderoby losową torbę na ramię i jeszcze bardziej na chybił–trafił (zdawałoby się) zagarniała z szafki fiolki z eliksirami i jakieś puszeczki z maściami czy innymi pastami. List od Anthony’ego porzuciła na szafce nocnej i nawet się nie przebrała z tych domowych ubrań (spodni i koszuli, ale dużo mniej eleganckich, niż jakby miała zaplanowane wyjście; ta czarna koszula była wręcz prześwitująca, tak, że było nieco widać czarny, koronkowy biustonosz) i po prostu pognała do swojego kominka, zakładając pierwsze lepsze buty, jakie nawinęły jej się pod nogi – zaś w tym czasie Ptolemeusz odleciał.
W jednej sekundzie wrzucała proszek Fiuu do kominka w salonie, a w drugiej wychodziła z kominka na dole kamienicy na alei Horyzontalnej. Stamtąd obrała pospieszną drogę po schodach, gdzie było słychać jej miarowe, wcale nie spokojne stukanie szpileczkami, a później zupełnie nieeleganckie łomotanie w drzwi. Te po chwili się otworzyły – to skrzat, w jakże gustownym wdzianku lokaja jej otworzył, a Lestrange, niczym ta burza wyminęła go, nie pozwalając nawet dojść do słowa i…
– Laurent! – ani trochę się nie przejęła, że siedział tam w szlafroku (a może już nie siedział, może właśnie zmierzał do taboreciku i skrzętnie ułożonych i wyczyszczonych ubrań?). Fryzura Victorii była trochę w nieładzie, zmierzwiona pędem, niektóre kosmyki już zdążyły się wydostać spod gustownej spinki, która je do tej pory trzymała, by jej nie przeszkadzały. – Jesteś cały? Nic ci się nie stało?! – zmartwienia nawet nie trzeba było szukać w jej głosie, ono było słyszalne od samego początku. I gotowa wręcz była rzucić się Prewettowi na szyję, jeśli tylko się upewniła, że nie zrobi mu tym krzywdy, a dopiero po tym był czas, by poszukać wszystkich widocznych siniaków i otarć. Anthony’ego z kolei nigdzie nie widziała…