12.06.2024, 22:03 ✶
Stoisko - Świeczki i kadzidła Rodziny Mulciber. Wycofuje się do Sophie i Basiliusa
Charlie czuł, że wszystko, co zrobił tego dnia, poprowadziło do tej katastrofy - dosłownej i wizerunkowej. Mógł nie słuchać Isaaca i nie robić tych świec! Mógł ich nie wyciągać, mógł powstrzymać reportera przed wymachiwaniem fallusami ponad tłumem i robieniem zdjęć, mógł nie pozwolić, by ten inny mężczyzna złapał za świeczkę i zaczął bójkę...
Wiele rzeczy poszło nie tak tego dnia i miał jeszcze przyjść czas, gdy Charlie będzie żałował swoich decyzji (a także liczył pieniążki zdobyte za sprawą fallicznych świecuszek). Obecnie zależało mu na tym, by opanować sytuację tak, jak uczono go w szkole, podczas kursu aurorskiego. Po pierwsze, potrzebowali przestrzeni. Gapie zdołali się rozejść, ale Charles miał wrażenie, że to nie za jego sprawą. Opuścił ręce, oglądając się na brata pomagającego wujowi. Po drugie, należało złapać przestępców i udzielić pomocy. Głównym winnym był on sam, a poszkodowani mieli już to, czego potrzebowali.
- Później wyjaśnię, tato. - Odezwał się jeszcze do Richarda, który wciąż pieklił się o fallusy, nie pozwalając Charliemu nawet dojść do głosu w tym temacie. Mężczyzna odszedł, by pomóc komuś innemu i Charles nie zamierzał go gonić, wiedząc, że jego obecność może tylko pogorszyć sprawę. Emocje najpierw musiały opaść.
Nie mógł pomóc już w żaden sposób, ale mógł zaszkodzić. Wolał się wycofać.
- Powiedz, jeśli czegoś ci trzeba, Leo. - Powiedział do brata, dość głośno, by ten usłyszał, ale nie dość, by zwrócić uwagę większej ilości osób.
Skoro mieli już przestrzeń, musiał wrócić za stoisko i przynajmniej pozbyć się resztek zniszczonych świec, skoro tak mierziły rodzinę w oczy. Rozgnieciony wosk nie przypominał już przynajmniej penisów. Można było go przetopić... ale nie było to warte zachodu, nie w tym momencie. Charlie zgarnął go stopą pod ladę nim kucnął przy Sophie i uzdrowicielu.
- Nic jej nie będzie, prawda? - Zapytał Basiliusa z dziecięcą naiwnością w głosie i spojrzeniu. - Sophie, nic się nie martw. Leonard już pomaga twojemu tacie i zaraz wszystko będzie dobrze. - Próbował uspokoić kuzynkę, samemu łapiąc ją za dłoń i ściskając lekko. - Przepraszam. To wszystko moja wina...
Charlie czuł, że wszystko, co zrobił tego dnia, poprowadziło do tej katastrofy - dosłownej i wizerunkowej. Mógł nie słuchać Isaaca i nie robić tych świec! Mógł ich nie wyciągać, mógł powstrzymać reportera przed wymachiwaniem fallusami ponad tłumem i robieniem zdjęć, mógł nie pozwolić, by ten inny mężczyzna złapał za świeczkę i zaczął bójkę...
Wiele rzeczy poszło nie tak tego dnia i miał jeszcze przyjść czas, gdy Charlie będzie żałował swoich decyzji (a także liczył pieniążki zdobyte za sprawą fallicznych świecuszek). Obecnie zależało mu na tym, by opanować sytuację tak, jak uczono go w szkole, podczas kursu aurorskiego. Po pierwsze, potrzebowali przestrzeni. Gapie zdołali się rozejść, ale Charles miał wrażenie, że to nie za jego sprawą. Opuścił ręce, oglądając się na brata pomagającego wujowi. Po drugie, należało złapać przestępców i udzielić pomocy. Głównym winnym był on sam, a poszkodowani mieli już to, czego potrzebowali.
- Później wyjaśnię, tato. - Odezwał się jeszcze do Richarda, który wciąż pieklił się o fallusy, nie pozwalając Charliemu nawet dojść do głosu w tym temacie. Mężczyzna odszedł, by pomóc komuś innemu i Charles nie zamierzał go gonić, wiedząc, że jego obecność może tylko pogorszyć sprawę. Emocje najpierw musiały opaść.
Nie mógł pomóc już w żaden sposób, ale mógł zaszkodzić. Wolał się wycofać.
- Powiedz, jeśli czegoś ci trzeba, Leo. - Powiedział do brata, dość głośno, by ten usłyszał, ale nie dość, by zwrócić uwagę większej ilości osób.
Skoro mieli już przestrzeń, musiał wrócić za stoisko i przynajmniej pozbyć się resztek zniszczonych świec, skoro tak mierziły rodzinę w oczy. Rozgnieciony wosk nie przypominał już przynajmniej penisów. Można było go przetopić... ale nie było to warte zachodu, nie w tym momencie. Charlie zgarnął go stopą pod ladę nim kucnął przy Sophie i uzdrowicielu.
- Nic jej nie będzie, prawda? - Zapytał Basiliusa z dziecięcą naiwnością w głosie i spojrzeniu. - Sophie, nic się nie martw. Leonard już pomaga twojemu tacie i zaraz wszystko będzie dobrze. - Próbował uspokoić kuzynkę, samemu łapiąc ją za dłoń i ściskając lekko. - Przepraszam. To wszystko moja wina...