12.06.2024, 22:42 ✶
Ambrosia bardzo lubiła być głupią bździągwą. Szczególnie kiedy w pewnym momencie zauważyła, jak wiele rzeczy było to w stanie ułatwić w życiu. Towarzysząca jej lekkość, nawet jeśli kiedyś była fundamentem jej charakteru, teraz stanowiła raczej umiejętnie wypracowaną woalkę, którą się przysłaniała. Potrafiła być poważna, tak samo jak poddawać się ciążącemu na niej smutkowi, jednak to było dla niej o wiele mniej korzystne. A Annie? Nawet jeśli znały się od szkolnych czasów, nigdy nie wnikała w życie Ambrosii na tyle, by wyłapać kluczowe w jej życiu momenty, gdzie zachodziły delikatne zmiany. Gdzie poprawiała swoją rolkę, którą zdawała się odgrywać sama za siebie. Z resztą, McKinnon też nigdy nie wnikała przesadnie w życie Lestrange. I ten stan rzeczy absolutnie jej nie przeszkadzał.
Było coś pocieszającego w tym, jak wnętrze gabinetu się nie zmieniało. Podejrzewała, że działało to kojąco na pacjentów, szczególnie tych którzy już od paru lat szukali porad u Annaleigh. Surowe spojrzenie koleżanki przyjęła z lekkim drgnięciem kącików ust, które uniosły się na moment ku górze. Jeszcze jedno przekręcenie i wyśrodkowała krzesełko, uspokajając się.
- Wszyscy zdrowi, dziękuję. A u Ciebie? Twój mąż i reszta rodziny trzyma się dobrze? - zapytała grzecznie, troszkę też wymijając kwestie zdrowotne reszty jej własnej familii. Kwestia zdrowotności, kiedy traciło się życie i wracało z martwych, była troszkę śliska.
- To zawsze taki dziwny okres. Te parę dni między sabatem, a Nowym Rokiem i Karnawałem - czy do niej waliły drzwiami i oknami zaproszenia na bankiety? Oczywiście, że nie, ale ani zamierzała się tym chwalić, ani też specjalnie tego żałować bo przecież nigdy przesadnie dobrze nie bawiła się w towarzystwie. Sztywne pozy i wyuczone miny wcale jej nie bawiły i często zastanawiała się, jak ci wszyscy czystokrwiści i celebryci mogli dobrze spędzać czas na takich spędach. Ona, kiedy jeszcze brała w nich udział, zawsze szybko próbowała ciągnąć Mulcibera za rękaw i zachęcać go do jeśli nie całkowitego urwania się z imprezy, to chociaż zaszycia gdzieś z butelką dobrego alkoholu i przeczekania w spokoju.
- Oo, bardzo poproszę. Ale w takim razie następnym razem będę pamiętać, żeby ci też coś przynieść. Mam w domu parę takich mieszanek, które są przepyszne. Musisz spróbować - uśmiechnęła się do Annie wesoło, uważnie obserwując jak wstawia napar. - Hm... - stołek na którym siedziała mimowolnie znowu drgnął w obie strony, bo Rosie chyba sama nie była pewna co powinna na ten temat powiedzieć. - Myślę o sobie, jako o przedsiębiorczej osobie i ogólnie uważam, że pieniądz, nie ważne skąd pochodzi, to nie śmierdzi - powiedziała, przywdziewając nieco zamyślony wyraz twarzy. - Ale w tym co mówisz jest sporo racji. Ten manifest daje upust nagromadzonym frustracjom, szczególnie rodzin o konserwatywnych czy tradycjonalistycznych poglądach. Daje zezwolenie do działania - uśmiechnęła się leciutko, w jakiś porozumiewawczy sposób. W jej głosie nie było też nagany, bo wcale nie zamierzała się zapierać, że jej rodzina byłą otwarta na świat i jego możliwości. Ojciec zgrzytał zębami na osoby brudnej krwi, ona natomiast wykazywała skłonności do trochę innych priorytetów; liczył się interes jej i jej bliskich. To, że otaczali ją sami śmierciożercy, to już los tak chciał.
Było coś pocieszającego w tym, jak wnętrze gabinetu się nie zmieniało. Podejrzewała, że działało to kojąco na pacjentów, szczególnie tych którzy już od paru lat szukali porad u Annaleigh. Surowe spojrzenie koleżanki przyjęła z lekkim drgnięciem kącików ust, które uniosły się na moment ku górze. Jeszcze jedno przekręcenie i wyśrodkowała krzesełko, uspokajając się.
- Wszyscy zdrowi, dziękuję. A u Ciebie? Twój mąż i reszta rodziny trzyma się dobrze? - zapytała grzecznie, troszkę też wymijając kwestie zdrowotne reszty jej własnej familii. Kwestia zdrowotności, kiedy traciło się życie i wracało z martwych, była troszkę śliska.
- To zawsze taki dziwny okres. Te parę dni między sabatem, a Nowym Rokiem i Karnawałem - czy do niej waliły drzwiami i oknami zaproszenia na bankiety? Oczywiście, że nie, ale ani zamierzała się tym chwalić, ani też specjalnie tego żałować bo przecież nigdy przesadnie dobrze nie bawiła się w towarzystwie. Sztywne pozy i wyuczone miny wcale jej nie bawiły i często zastanawiała się, jak ci wszyscy czystokrwiści i celebryci mogli dobrze spędzać czas na takich spędach. Ona, kiedy jeszcze brała w nich udział, zawsze szybko próbowała ciągnąć Mulcibera za rękaw i zachęcać go do jeśli nie całkowitego urwania się z imprezy, to chociaż zaszycia gdzieś z butelką dobrego alkoholu i przeczekania w spokoju.
- Oo, bardzo poproszę. Ale w takim razie następnym razem będę pamiętać, żeby ci też coś przynieść. Mam w domu parę takich mieszanek, które są przepyszne. Musisz spróbować - uśmiechnęła się do Annie wesoło, uważnie obserwując jak wstawia napar. - Hm... - stołek na którym siedziała mimowolnie znowu drgnął w obie strony, bo Rosie chyba sama nie była pewna co powinna na ten temat powiedzieć. - Myślę o sobie, jako o przedsiębiorczej osobie i ogólnie uważam, że pieniądz, nie ważne skąd pochodzi, to nie śmierdzi - powiedziała, przywdziewając nieco zamyślony wyraz twarzy. - Ale w tym co mówisz jest sporo racji. Ten manifest daje upust nagromadzonym frustracjom, szczególnie rodzin o konserwatywnych czy tradycjonalistycznych poglądach. Daje zezwolenie do działania - uśmiechnęła się leciutko, w jakiś porozumiewawczy sposób. W jej głosie nie było też nagany, bo wcale nie zamierzała się zapierać, że jej rodzina byłą otwarta na świat i jego możliwości. Ojciec zgrzytał zębami na osoby brudnej krwi, ona natomiast wykazywała skłonności do trochę innych priorytetów; liczył się interes jej i jej bliskich. To, że otaczali ją sami śmierciożercy, to już los tak chciał.
she was a gentle
sort of horror
sort of horror