04.01.2023, 00:06 ✶
Czemu nie poświęcił mu uwagi? Bo był jedynie irytującym dzieciakiem, który kręcił się wokół jego siostry. Jeśli takim go widział jeszcze w Hogwarcie, trudno było zmienić zdanie w późniejszym okresie, zwłaszcza gdy nie byli zbyt blisko. Fergus zmieniał się dopiero z czasem, jak każdy zresztą. U niego jednak dało się to bardziej zauważyć, gdy zniknął ten zarozumiały ton i irytacja na to, że ktoś nie wiedział (jego zdaniem) oczywistych rzeczy. Ollivander był ciężki do lubienia, choć dało się w nim dostrzec już wtedy humor, dziecięcą wręcz ciekawość i umiejętność dostrzegania tego, czego nie widział nikt inny. Szkoda tylko, że do dzisiaj był ślepy względem samego siebie i swoich uczuć.
Castiel w jego głowie, ten jego obraz układany już w szkolnych latach i rozmyty, gdy znajomość z Cynthią zaczęła się ograniczać przez jej opuszczenie szkolnych murów… Teraz widział, że to nie było prawdziwe. Że niepotrzebnie mu zazdrościł, bo w gruncie rzeczy okazywało się, że nie chciał być nim, tylko z nim. Im dłużej o tym myślał, tym większy miało to sens. Ale też im częściej Flint zaprzątał jego myśli, tym bardziej zaniedbywał wszystko inne, zapominając o działaniu najprostszych zaklęć i myląc podstawowe czynności w pracy. Umysł płatał mu psikusy, raz po raz podsyłając obrazy z poprzednich spotkań i podsycając tęsknotę, która doskwierała tym bardziej, im bliżej go miał, a jednak nie mógł dotknąć. Jak miał to w ogóle interpretować? Nawet jeśli doszli do wniosku, że nie powinni się nad swoją relacją zastanawiać, nie zmieniało to faktu, że Fergus o niej intensywnie myślał. I nie zamierzał przestawać.
Skinął tylko głową, rozumiejąc, że testrale były dla Castiela trudnym tematem. Nie dziwił się mu i nawet było mu głupio, że w ogóle o nich wspomniał, nim zdołał się zastanowić, że mogły przywołać jakieś nieszczęśliwe wspomnienia. Skąd jednak miał wiedzieć? Dla osoby, która ich nie widziała, pierwszą myślą było raczej to, jak wyglądały, niż to, o kim mu przypominały.
- Swoich oczu możesz mi użyczać do czegoś innego - mruknął, znów zapominając, że powinien ugryźć się w język i chwilę się na niego zagapił. Właściwie chciał trochę zmienić temat, odciągając myśli Castiela od jakiegoś trudnego wspomnienia. Nie musiał mu o tym opowiadać, jeśli nie chciał, ale też gdyby tego potrzebował, z chęcią go wysłucha. Mógłby go słuchać całymi dniami; o tym, jak mu minęło popołudnie, o durnej przygodzie z dzieciństwa, czy przemyśleniach, które narodziły się w jego głowie w środku nocy. A jeszcze więcej mu opowiadać.
Dziękuję, powiedział praktycznie bezgłośnie na brak pytań o smoki. I upił spory łyk piwa, by zabić ich obraz w swojej głowie. Było to dziwnie orzeźwiające, zwłaszcza po hektolitrach whisky, którą wlewał w siebie w ostatnich tygodniach. Czy to już był poważny problem?
Dostrzegał, że Castiel czuł się jakoś nieswojo w tym tłumie ludzi i z chęcią by go stąd wyrwał. Kusiło go nawet „przypadkowe” pomylenie drzwi i wyciągnięcie go na stronę mugolską, gdzie mieliby więcej swobody, skoro nikt by ich nie znał i nie kojarzył. Zdołał jednak już dostrzec, że i mugole wywoływali we Flincie niepewność. A chociaż wciąż miał z tyłu głowy zemstę za kilkukrotne podtapianie, nie chciał być względem niego okrutny. Chyba za bardzo zaczynało mu na nim zależeć.
- Dobrze się czujesz? - zapytał, wyraźnie zestresowany tym, że coś się mu mogło dziać, a tym bardziej, że nie mógłby pomóc. Zaraz jednak jego wzrok zjechał na szyję, odsłoniętą po rozpięciu guzików. A gdyby tak pozbyć się pozostałych? Stop, wróć, nie możesz. Nie tutaj.
- Coś w tym stylu, ale moja rodzina uwielbia dramatyzm, więc stworzyli całą tę mityczną otoczkę. Nikt nie chce słuchać o teorii magii, zwłaszcza kiedy dostaje pierwszą różdżkę. Ale chyba nie powinienem zdradzać ci sekretów Ollivanderów. - Mrugnął do niego okiem i zaśmiał się. - Gdyby ktoś pytał, pamiętaj, różdżka cię kocha i sama cię wybrała, zero potencjału magicznego zawartego w rdzeniu.
Gdyby rzeczywiście było tak, że patyk dobiera sobie właściciela, co z tymi, którzy swoje różdżki dziedziczyli? Powinny się buntować i zupełnie nie działać. Tak samo jak te, które testował z Figgami, dobierając im do prób te jak najbardziej zbliżone do ich własnych.
- Możesz sobie uważać - prychnął, oddając Castielowi różdżkę i starając się ze wszystkich sił, by dotyk jego palców go nie rozproszył. - Ale jeśli zbyt długo walczysz z silnymi zaklęciami, ma to destrukcyjny wpływ też na twoją różdżkę. Czarna magia ma na celu wyeliminowanie tego, co jej zagraża, jeśli to ty, uderzy w to, co daje ci moc, żeby z nią walczyć. Nawet zwykła rysa może w końcu doprowadzić do uszkodzenia rdzenia i rykoszetu. Chcesz zginąć, idioto? - Trochę się uniósł, ale nie podobało mu się, że Castiel to bagatelizował i traktował sprawę tak, jakby Fergus zamierzał mu zabrać ulubioną zabawkę. - Rozumiem twoje przywiązanie, ale lepiej na to spojrzeć teraz, kiedy jeszcze da się ją naprawić. Wystarczy głupi błąd w pracy i masz po różdżce.
Nie chciał się denerwować. Powinien to zostawić w spokoju, wierząc w rozsądek Castiela, zwłaszcza że z nich dwóch to on zdawał się być tym mądrzejszym. Wydawał się jednak niemiłosiernie uparty, a że zapalczywość Fergusa była na podobnym poziomie, wróżyło to pełną irytacji walkę z wiatrakami. Nie pozwoli się jednak łatwo zbyć, nie było takiej opcji. Nie, kiedy Castiel mógł wprowadzić zagrożenie nie tylko dla otoczenia, ale również samego siebie. W tym wypadku w dupie miał wszystko i wszystkich wokół, zależało mu wyłącznie na mężczyźnie po przeciwnej stronie stolika i zamierzał upierać się przy swoim, by ten nie zrobił sobie krzywdy.
- Czasami mam wrażenie, że zwierzęta są prostsze w obsłudze od niektórych ludzi, mimo że nie mówią - stwierdził, wywracając oczami. Oczywistym było, że mówił o Castielu.
Castiel w jego głowie, ten jego obraz układany już w szkolnych latach i rozmyty, gdy znajomość z Cynthią zaczęła się ograniczać przez jej opuszczenie szkolnych murów… Teraz widział, że to nie było prawdziwe. Że niepotrzebnie mu zazdrościł, bo w gruncie rzeczy okazywało się, że nie chciał być nim, tylko z nim. Im dłużej o tym myślał, tym większy miało to sens. Ale też im częściej Flint zaprzątał jego myśli, tym bardziej zaniedbywał wszystko inne, zapominając o działaniu najprostszych zaklęć i myląc podstawowe czynności w pracy. Umysł płatał mu psikusy, raz po raz podsyłając obrazy z poprzednich spotkań i podsycając tęsknotę, która doskwierała tym bardziej, im bliżej go miał, a jednak nie mógł dotknąć. Jak miał to w ogóle interpretować? Nawet jeśli doszli do wniosku, że nie powinni się nad swoją relacją zastanawiać, nie zmieniało to faktu, że Fergus o niej intensywnie myślał. I nie zamierzał przestawać.
Skinął tylko głową, rozumiejąc, że testrale były dla Castiela trudnym tematem. Nie dziwił się mu i nawet było mu głupio, że w ogóle o nich wspomniał, nim zdołał się zastanowić, że mogły przywołać jakieś nieszczęśliwe wspomnienia. Skąd jednak miał wiedzieć? Dla osoby, która ich nie widziała, pierwszą myślą było raczej to, jak wyglądały, niż to, o kim mu przypominały.
- Swoich oczu możesz mi użyczać do czegoś innego - mruknął, znów zapominając, że powinien ugryźć się w język i chwilę się na niego zagapił. Właściwie chciał trochę zmienić temat, odciągając myśli Castiela od jakiegoś trudnego wspomnienia. Nie musiał mu o tym opowiadać, jeśli nie chciał, ale też gdyby tego potrzebował, z chęcią go wysłucha. Mógłby go słuchać całymi dniami; o tym, jak mu minęło popołudnie, o durnej przygodzie z dzieciństwa, czy przemyśleniach, które narodziły się w jego głowie w środku nocy. A jeszcze więcej mu opowiadać.
Dziękuję, powiedział praktycznie bezgłośnie na brak pytań o smoki. I upił spory łyk piwa, by zabić ich obraz w swojej głowie. Było to dziwnie orzeźwiające, zwłaszcza po hektolitrach whisky, którą wlewał w siebie w ostatnich tygodniach. Czy to już był poważny problem?
Dostrzegał, że Castiel czuł się jakoś nieswojo w tym tłumie ludzi i z chęcią by go stąd wyrwał. Kusiło go nawet „przypadkowe” pomylenie drzwi i wyciągnięcie go na stronę mugolską, gdzie mieliby więcej swobody, skoro nikt by ich nie znał i nie kojarzył. Zdołał jednak już dostrzec, że i mugole wywoływali we Flincie niepewność. A chociaż wciąż miał z tyłu głowy zemstę za kilkukrotne podtapianie, nie chciał być względem niego okrutny. Chyba za bardzo zaczynało mu na nim zależeć.
- Dobrze się czujesz? - zapytał, wyraźnie zestresowany tym, że coś się mu mogło dziać, a tym bardziej, że nie mógłby pomóc. Zaraz jednak jego wzrok zjechał na szyję, odsłoniętą po rozpięciu guzików. A gdyby tak pozbyć się pozostałych? Stop, wróć, nie możesz. Nie tutaj.
- Coś w tym stylu, ale moja rodzina uwielbia dramatyzm, więc stworzyli całą tę mityczną otoczkę. Nikt nie chce słuchać o teorii magii, zwłaszcza kiedy dostaje pierwszą różdżkę. Ale chyba nie powinienem zdradzać ci sekretów Ollivanderów. - Mrugnął do niego okiem i zaśmiał się. - Gdyby ktoś pytał, pamiętaj, różdżka cię kocha i sama cię wybrała, zero potencjału magicznego zawartego w rdzeniu.
Gdyby rzeczywiście było tak, że patyk dobiera sobie właściciela, co z tymi, którzy swoje różdżki dziedziczyli? Powinny się buntować i zupełnie nie działać. Tak samo jak te, które testował z Figgami, dobierając im do prób te jak najbardziej zbliżone do ich własnych.
- Możesz sobie uważać - prychnął, oddając Castielowi różdżkę i starając się ze wszystkich sił, by dotyk jego palców go nie rozproszył. - Ale jeśli zbyt długo walczysz z silnymi zaklęciami, ma to destrukcyjny wpływ też na twoją różdżkę. Czarna magia ma na celu wyeliminowanie tego, co jej zagraża, jeśli to ty, uderzy w to, co daje ci moc, żeby z nią walczyć. Nawet zwykła rysa może w końcu doprowadzić do uszkodzenia rdzenia i rykoszetu. Chcesz zginąć, idioto? - Trochę się uniósł, ale nie podobało mu się, że Castiel to bagatelizował i traktował sprawę tak, jakby Fergus zamierzał mu zabrać ulubioną zabawkę. - Rozumiem twoje przywiązanie, ale lepiej na to spojrzeć teraz, kiedy jeszcze da się ją naprawić. Wystarczy głupi błąd w pracy i masz po różdżce.
Nie chciał się denerwować. Powinien to zostawić w spokoju, wierząc w rozsądek Castiela, zwłaszcza że z nich dwóch to on zdawał się być tym mądrzejszym. Wydawał się jednak niemiłosiernie uparty, a że zapalczywość Fergusa była na podobnym poziomie, wróżyło to pełną irytacji walkę z wiatrakami. Nie pozwoli się jednak łatwo zbyć, nie było takiej opcji. Nie, kiedy Castiel mógł wprowadzić zagrożenie nie tylko dla otoczenia, ale również samego siebie. W tym wypadku w dupie miał wszystko i wszystkich wokół, zależało mu wyłącznie na mężczyźnie po przeciwnej stronie stolika i zamierzał upierać się przy swoim, by ten nie zrobił sobie krzywdy.
- Czasami mam wrażenie, że zwierzęta są prostsze w obsłudze od niektórych ludzi, mimo że nie mówią - stwierdził, wywracając oczami. Oczywistym było, że mówił o Castielu.