04.01.2023, 03:24 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.01.2023, 03:31 przez Elliott Malfoy.)
Niebieskie oczy zdawały się posiadać w sobie wykrywacz kłamstw posiłkowany niesamowitą ilością jaką ich pochłonęły przez trzydzieści pare lat życia. Elliott przymrużył odrobinę powieki, tak, że w kącikach powstały niewielkie zmarszczki, które zaraz, gdy postanowił nie ciągnąć tematu, rozprostowały się i zniknęły, zupełnie jakby nigdy ich tam nie było.
- Skoro tak mówisz - odparł tylko, nie drążąc. Zdawał sobie sprawę, że przyszli tutaj w innym celu i, chociaż może powinien odrobinę bardziej nacisnąć na temat, który, z pozoru wydawał mu się dość istotny, skoro w taki sposób rozstrajał Longbottoma, tak postanowił pozostać w pewnym, bezpiecznym dystansie, zupełnie jakby podejście o krok bliżej miało go poparzyć.
Chwilowy gest nieoczekiwanej czułości sprawił, że umysł wrócił do godzin spędzanych w towarzystwie kogoś innego, kogo uczucia rozpłynęły się z biegiem czasu, zniknęły w nieoczekiwanych okolicznościach - tak samo jak ten, który nimi obdarzał. Perseus do dzisiaj pojawiał się, mimowolnie, w głowie Elliotta w najmniej spodziewanych i odpowiednich momentach, zresztą, zawsze to robił, tylko teraz nie w tak jaskrawy i silny sposób, bo był zaledwie wyblakła wersją tego, co niegdyś ich łączyło, zarówno sam w sobie jak i w myślach Malfoya.
Odgonił wspomnienia dawnej, skrywanej pod pozorem przyjaźni miłostki, pozwalając sobie na gest o wiele bardziej pewny niż słowa. Położył dłoń na ręce Erika i, pomimo rękawiczek ten ruch wydawał się mieć w sobie więcej ciepła, niż cokolwiek, co Malfoy mógłby w tym momencie powiedzieć.
- Oh tak? Uważaj, aby się nie udusić. - zażartował i zabrał dłoń, nie przeciągając - Już masz lekkie wypieki. - co prawda zdawał sobie sprawę, że Erik zdobył je podczas długiego marszu w surowszym chłodzie terenów pozamiejskich, ale nie obrócenie narracji na swoją korzyść byłoby w tym wypadku grzechem, a tych miał na koncie już za dużo, aby tak frywolnie zdobywać kolejne.
- Krowa Alfa? - tutaj aż uniósł brwi, tak wysoko, że te prawie zetknęły się z linią włosów - Rozumiem, że jesteś ekspertem w temacie, jeżeli będę kiedykolwiek miał do czynienia z takową skontaktuję się z tobą. - nie odpuścił lekko filuternego uśmieszku, co dodało, jego zazwyczaj stoickiej czy neutralnej twarzy, nieco smaku, można powiedzieć koloru. W otoczeniu niepracowniczym oraz nieprofesjonalnym, gdzie nie musiał być idealnym synem swojego ojca czy wyrachowanym Kanclerzem pozwalał sobie na więcej luzu. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal - taką zasadę wyznawał, czasem może nazbyt wiernie, ale inaczej prawdopodobnie by oszalał, trzymając się ścisłych ram funkcjonowania w snobistycznym środowisku, w jakim przyszło mu żyć swoje codzienne życie.
- Dobrze wiedzieć, że jestem w centrum twojej uwagi, muszę przyznać, że normalnie bym się zaniepokoił, ale w aktualnej sytuacji jest to raczej pochlebiające. - próba powstrzymania puszczenia oczka poszła na marne, głównie z powodu żartobliwego tonu rozmowy, w neutralniejszfm jej brzmieniu zapewne nie pozwoliłby sobie na tego typu gesty.
Nie mógł wiedzieć, że słowa o zapieraniu dechu w piersi były aż tak prawdziwe, nie czytał Erikowi w myślach, ale rozmarzone spojrzenie wprowadziło go w pewne osłupienie, być może zauważalne. Conajmniej jakby nie spodziewał się, że na takowe natrafi, akurat w tym miejscu, na tej farmie i o tej porze dnia. Poczuł chwilowa satysfakcję, która przeszła po kręgosłupie znajomym, elektryzującym dreszczem. Mimo odważnych słów i jeszcze odważniejszych gestów, nie był pewien, nie potrafił określić, a raczej dopuścić do siebie myśli, że mógłby w tej relacji otrzymać coś więcej niżeli platoniczną przyjaźń. Chociaż myśli na ten temat przesmykiwały się przez umysł, pojawiały się niespodziewanie i wyparowywały tak samo szybko, zostawiając w skonfundowaniu. Odpowiedział na uśmiech, chociaż jego był znacznie bledszy, przytłumiony, już nie tak naturalny, jakby skrywający za sobą coś przykrego, ciężar niewypowiedzianych słów i popękanych nadzieji. Czuł się okropnie, gdy dostawał miłe gesty, a nie potrafił ich odwzajemnić, bo paraliżował go strach, którego istnienia nie chciał do siebie dopuścić, więc nazywał go niepewnością, wahaniem. Bagaż emocjonalny, jaki miały ze sobą myśli dotyczące tego rewiru życia był wykańczający, a przede wszystkim uczepiony do blondyna jak kula do nogi skazańca.
Po prostu ciesz się chwilą, pomyślał zauważając, że prawie ominąłby połowę kolejnej wypowiedzi Longbottoma, bo utonął w rozmarzonym spojrzeniu jego zielonych oczu.
- Właściwie to nie jestem pewien - odparł zaskakująco szczerze, aż sam się sobie odrobinę zdziwił - Nie myślałem jeszcze o tym, chciałem po prostu odciągnąć myśli od wszystkiego innego, a, że dobre uczynki zostawiają po sobie tę przyjemne odczucie spełnienia to wskoczyłem w tę sytuację bez ówczesnego przemyślenia. Stajnię mam, opiekę zwierzę też będzie miało, więc nie ma pośpiechu - dodał jeszcze, bo nie chciał wyjść na nierozważna osobę, która nie bierze pod uwagę samopoczucia zwierzęcia.
- Mam wrażenie, ze kojarzę Gerladine, moja siostra jest bliżej z Yaxleyami, przynajmniej była na jakiejś ich uroczystości - wyjaśnił - Ale jesteś pewien, ze łowca będzie miał dobrą ekspertyzę co do tego jak utrzymać Abraksana przy życiu? Rozumiem kontaktowanie jej, gdyby jednak to się nie udało. - być może podszedł do tej rady zbyt krytycznie, ale taki był - rzeczowy i wymagający. Momentami próbował to temperować, zwłaszcza w relacjach bardziej prywatnych, a nie tych biznesowych, ale przyzwyczajenia trudno wyciągnąć z człowieka, zwłaszcza, gdy większość dni tygodnia odgrywa rolę na parkietach Ministerstwa.
- Ah tak, wejdźmy - przytaknął - Rozumiem, ze już się zaangażowałeś i nieistotne w jakim stanie będzie zwierzę, chcesz pomóc? - dopytał jeszcze słysząc, że Erik użył liczby mnogiej w swojej wypowiedzi, dając mu ostatnią szanse na wycofanie się, jeżeli ten faktycznie tego by chciał. W końcu mógł mieć inne rzeczy na głowie, a wnioskując z jego wcześniejszego roztargnienia, na pewno miał.
Po tym pytanie podążył niewielką, wydeptaną ścieżką do stajni, gdzie uderzył ich jeszcze intensywniejszy zapach trzymanego nieopodal bydła, mokrego siana i też końskiej sierści. Elliott nie skrzywił się nawet, bo jeździł czy zajmował się tego typu zwierzętami na tyle długo, że uodpornił się na podobne zapachy. Obcasy wysokich butów zastukały o posadzkę stajni obwieszczając ekspertowi stojącemu przy Abraksanie, że mają towarzystwo. Spojrzenie magizoologa padło w kierunku wejścia i na dwóch przybyszów.
- Erik, znacie się już z Lawrencem - wspomniał o specjaliście, idąc w jego kierunku - Abraksan aktualnie należy do mężczyzny, który wygrał go w zakładzie. Zwierzę zostało niesamowicie zaniedbane, gdy okazało się, że coś mu dolega. Trudno nam jednak ustalić co takiego. - opisał sytuację krótko.
Zanim zatrudniony przez Elliotta specjalista zdążył się odezwać, niebieskie oczy Malfoya skierowały się znów w stronę Erika.
- Co sądzisz? - zajmowali się odratowywaniem koni czy właśnie Abraksanow już jakiś czas, więc mimo że opinia Longbottoma nie byłaby na temat zdrowia zwierzęcia, to wciąż się liczyła.
Koń poruszył niespokojnie skrzydłami i wypuścił z nozdrzy powietrze, jakby dając znać, że poniekąd rozumie, że właśnie ważą się jego losy. Pióra były niesamowicie przerzedzone, a białe umaszczenie podchodziło momentami pod szare, zwłaszcza w miejscach, gdzie dało się gołym okiem zobaczyć wystające kości. Spojrzenie zwierzęcia, pomimo jego raczej nieatrakcyjnego wyglądu dawało do myślenia. Był w nim ogień, którego często brakowało nawet zdrowym istotom.
- Skoro tak mówisz - odparł tylko, nie drążąc. Zdawał sobie sprawę, że przyszli tutaj w innym celu i, chociaż może powinien odrobinę bardziej nacisnąć na temat, który, z pozoru wydawał mu się dość istotny, skoro w taki sposób rozstrajał Longbottoma, tak postanowił pozostać w pewnym, bezpiecznym dystansie, zupełnie jakby podejście o krok bliżej miało go poparzyć.
Chwilowy gest nieoczekiwanej czułości sprawił, że umysł wrócił do godzin spędzanych w towarzystwie kogoś innego, kogo uczucia rozpłynęły się z biegiem czasu, zniknęły w nieoczekiwanych okolicznościach - tak samo jak ten, który nimi obdarzał. Perseus do dzisiaj pojawiał się, mimowolnie, w głowie Elliotta w najmniej spodziewanych i odpowiednich momentach, zresztą, zawsze to robił, tylko teraz nie w tak jaskrawy i silny sposób, bo był zaledwie wyblakła wersją tego, co niegdyś ich łączyło, zarówno sam w sobie jak i w myślach Malfoya.
Odgonił wspomnienia dawnej, skrywanej pod pozorem przyjaźni miłostki, pozwalając sobie na gest o wiele bardziej pewny niż słowa. Położył dłoń na ręce Erika i, pomimo rękawiczek ten ruch wydawał się mieć w sobie więcej ciepła, niż cokolwiek, co Malfoy mógłby w tym momencie powiedzieć.
- Oh tak? Uważaj, aby się nie udusić. - zażartował i zabrał dłoń, nie przeciągając - Już masz lekkie wypieki. - co prawda zdawał sobie sprawę, że Erik zdobył je podczas długiego marszu w surowszym chłodzie terenów pozamiejskich, ale nie obrócenie narracji na swoją korzyść byłoby w tym wypadku grzechem, a tych miał na koncie już za dużo, aby tak frywolnie zdobywać kolejne.
- Krowa Alfa? - tutaj aż uniósł brwi, tak wysoko, że te prawie zetknęły się z linią włosów - Rozumiem, że jesteś ekspertem w temacie, jeżeli będę kiedykolwiek miał do czynienia z takową skontaktuję się z tobą. - nie odpuścił lekko filuternego uśmieszku, co dodało, jego zazwyczaj stoickiej czy neutralnej twarzy, nieco smaku, można powiedzieć koloru. W otoczeniu niepracowniczym oraz nieprofesjonalnym, gdzie nie musiał być idealnym synem swojego ojca czy wyrachowanym Kanclerzem pozwalał sobie na więcej luzu. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal - taką zasadę wyznawał, czasem może nazbyt wiernie, ale inaczej prawdopodobnie by oszalał, trzymając się ścisłych ram funkcjonowania w snobistycznym środowisku, w jakim przyszło mu żyć swoje codzienne życie.
- Dobrze wiedzieć, że jestem w centrum twojej uwagi, muszę przyznać, że normalnie bym się zaniepokoił, ale w aktualnej sytuacji jest to raczej pochlebiające. - próba powstrzymania puszczenia oczka poszła na marne, głównie z powodu żartobliwego tonu rozmowy, w neutralniejszfm jej brzmieniu zapewne nie pozwoliłby sobie na tego typu gesty.
Nie mógł wiedzieć, że słowa o zapieraniu dechu w piersi były aż tak prawdziwe, nie czytał Erikowi w myślach, ale rozmarzone spojrzenie wprowadziło go w pewne osłupienie, być może zauważalne. Conajmniej jakby nie spodziewał się, że na takowe natrafi, akurat w tym miejscu, na tej farmie i o tej porze dnia. Poczuł chwilowa satysfakcję, która przeszła po kręgosłupie znajomym, elektryzującym dreszczem. Mimo odważnych słów i jeszcze odważniejszych gestów, nie był pewien, nie potrafił określić, a raczej dopuścić do siebie myśli, że mógłby w tej relacji otrzymać coś więcej niżeli platoniczną przyjaźń. Chociaż myśli na ten temat przesmykiwały się przez umysł, pojawiały się niespodziewanie i wyparowywały tak samo szybko, zostawiając w skonfundowaniu. Odpowiedział na uśmiech, chociaż jego był znacznie bledszy, przytłumiony, już nie tak naturalny, jakby skrywający za sobą coś przykrego, ciężar niewypowiedzianych słów i popękanych nadzieji. Czuł się okropnie, gdy dostawał miłe gesty, a nie potrafił ich odwzajemnić, bo paraliżował go strach, którego istnienia nie chciał do siebie dopuścić, więc nazywał go niepewnością, wahaniem. Bagaż emocjonalny, jaki miały ze sobą myśli dotyczące tego rewiru życia był wykańczający, a przede wszystkim uczepiony do blondyna jak kula do nogi skazańca.
Po prostu ciesz się chwilą, pomyślał zauważając, że prawie ominąłby połowę kolejnej wypowiedzi Longbottoma, bo utonął w rozmarzonym spojrzeniu jego zielonych oczu.
- Właściwie to nie jestem pewien - odparł zaskakująco szczerze, aż sam się sobie odrobinę zdziwił - Nie myślałem jeszcze o tym, chciałem po prostu odciągnąć myśli od wszystkiego innego, a, że dobre uczynki zostawiają po sobie tę przyjemne odczucie spełnienia to wskoczyłem w tę sytuację bez ówczesnego przemyślenia. Stajnię mam, opiekę zwierzę też będzie miało, więc nie ma pośpiechu - dodał jeszcze, bo nie chciał wyjść na nierozważna osobę, która nie bierze pod uwagę samopoczucia zwierzęcia.
- Mam wrażenie, ze kojarzę Gerladine, moja siostra jest bliżej z Yaxleyami, przynajmniej była na jakiejś ich uroczystości - wyjaśnił - Ale jesteś pewien, ze łowca będzie miał dobrą ekspertyzę co do tego jak utrzymać Abraksana przy życiu? Rozumiem kontaktowanie jej, gdyby jednak to się nie udało. - być może podszedł do tej rady zbyt krytycznie, ale taki był - rzeczowy i wymagający. Momentami próbował to temperować, zwłaszcza w relacjach bardziej prywatnych, a nie tych biznesowych, ale przyzwyczajenia trudno wyciągnąć z człowieka, zwłaszcza, gdy większość dni tygodnia odgrywa rolę na parkietach Ministerstwa.
- Ah tak, wejdźmy - przytaknął - Rozumiem, ze już się zaangażowałeś i nieistotne w jakim stanie będzie zwierzę, chcesz pomóc? - dopytał jeszcze słysząc, że Erik użył liczby mnogiej w swojej wypowiedzi, dając mu ostatnią szanse na wycofanie się, jeżeli ten faktycznie tego by chciał. W końcu mógł mieć inne rzeczy na głowie, a wnioskując z jego wcześniejszego roztargnienia, na pewno miał.
Po tym pytanie podążył niewielką, wydeptaną ścieżką do stajni, gdzie uderzył ich jeszcze intensywniejszy zapach trzymanego nieopodal bydła, mokrego siana i też końskiej sierści. Elliott nie skrzywił się nawet, bo jeździł czy zajmował się tego typu zwierzętami na tyle długo, że uodpornił się na podobne zapachy. Obcasy wysokich butów zastukały o posadzkę stajni obwieszczając ekspertowi stojącemu przy Abraksanie, że mają towarzystwo. Spojrzenie magizoologa padło w kierunku wejścia i na dwóch przybyszów.
- Erik, znacie się już z Lawrencem - wspomniał o specjaliście, idąc w jego kierunku - Abraksan aktualnie należy do mężczyzny, który wygrał go w zakładzie. Zwierzę zostało niesamowicie zaniedbane, gdy okazało się, że coś mu dolega. Trudno nam jednak ustalić co takiego. - opisał sytuację krótko.
Zanim zatrudniony przez Elliotta specjalista zdążył się odezwać, niebieskie oczy Malfoya skierowały się znów w stronę Erika.
- Co sądzisz? - zajmowali się odratowywaniem koni czy właśnie Abraksanow już jakiś czas, więc mimo że opinia Longbottoma nie byłaby na temat zdrowia zwierzęcia, to wciąż się liczyła.
Koń poruszył niespokojnie skrzydłami i wypuścił z nozdrzy powietrze, jakby dając znać, że poniekąd rozumie, że właśnie ważą się jego losy. Pióra były niesamowicie przerzedzone, a białe umaszczenie podchodziło momentami pod szare, zwłaszcza w miejscach, gdzie dało się gołym okiem zobaczyć wystające kości. Spojrzenie zwierzęcia, pomimo jego raczej nieatrakcyjnego wyglądu dawało do myślenia. Był w nim ogień, którego często brakowało nawet zdrowym istotom.
“An immense pressure is on me
I cannot move without dislodging the weight of centuries”
♦♦♦