14.06.2024, 01:49 ✶
Był z natury człowiekiem sentymentalnym, toteż ogromnym poszanowaniem darzył pracę cudzych rąk; zwłaszcza tych, po których właścicieli śladach już dawno pokrył kurz i zostały tylko kości złożone w zimnych mogiłach porośniętych bluszczem i mchem. Ogromną, niekiedy niezdrową wręcz słabość żywił do tych, którzy zostali głęboko zranieni przez okrucieństwo życia, głęboko dotknięci jego niesprawiedliwością, zmiażdżeni pod ciężarem, jakie kładło na ich barkach. Takich, jak on sam. Być może była to swego rodzaju forma użalania się nad sobą. Może swoista autoterapia. A może, zwyczajnie, najłatwiej było odczuwać empatię wobec tego, z czym samodzielnie się mierzyło?
Gdyby jednak Laurent zwierzył mu się ze swoich myśli o spaleniu galerii, Perseus wcale by go nie powstrzymywał; wręcz przeciwnie, po dżentelmeńsku zaproponowałby mu jeszcze własną zapalniczkę, wręczył mu ogień, którym mógłby obrócić w popiół dzieła tak umiłowanych przez Blacka nieszczęśników. Czyż nie właśnie o tym marzył w kontekście zielonego salonu - tego przeklętego salonu, w którym dziesiątki pokoleń przodków wbijało w niego pełne oskarżenia spojrzenie? Czyż nie pragnął spłonąć pośród rodowych gobelinów? Czy nie milej byłoby oddać swe życie pośród sztuki - nawet jeśli ta była tylko duplikatami stworzonymi na cel wystawy? Och, gdyby tak ułożyć się na podłodze i patrzeć na Gwieździste niebo, gdy wokół szaleje pożoga? Nie miałby nic przeciwko śmierci w płomieniach, jeśli to stojący obok niego młodzieniec byłby przyczyną pożaru. W pewnym sensie już przez niego płonął.
— Dlaczego pan tak uważa? — zapytał łagodnie; jego baryton oscylował na granicy mowy i szeptu, nadając Perseusowi delikatności. — Wyobrażam go sobie stojącego tutaj, pomiędzy swoimi obrazami, ocierającego łzy wzruszenia, gdy zdaje sobie sprawę, jak wiele ludzi umiłowało jego sztukę. Czy nie jest to szczęśliwe zakończenie, na jakie zasługuje? On, wzgardzony geniusz wyprzedzający swe czasy, wędrujący samotnie z płótnem po Prowansji i uwieczniający życie prostych ludzi?
Kiedy patrzył w oczy Laurenta, te zdawały skrzyć się jak krople rosy na nitkach babiego lata; odwrócił więc wzrok, obawiając się reakcji własnego ciała i tego, jak silne emocje może wywołać w nim sama tylko obecność tego mężczyzny. Jak wiele spustoszenia - zarówno w ciele, jak i na duszy - może zasiać chwila nieuwagi, jedno otarcie się o skórę, zbyt bliskie nachylenie się nad jego sylwetką, by stracić resztki swej kruchej samokontroli, poddać się uczuciom miotającym się w nim odkąd tydzień wcześniej młody Prewett zjawił się w jego domu. Och, pal licho gdyby zjawił się tylko w gabinecie, gdzieś w Lecznicy na przykład, przez którą codziennie przewijała się masa ludzi; Laurent przyszedł do jego domu. Do tej przestrzeni, która po godzinach przyjmowania pacjentów stawała się jego własną, prywatną fortecą. Tymczasem jeszcze długo po wyjściu chłopaka jego zapach unosił się w powietrzu w gabinecie oraz korytarzu. Nie był wcale taki ciężki, a mimo Perseus nie mógł wyzbyć się wrażenia, że osiada na meblach, zagnieżdża się we wszystkich zakamarkach, stanowiąc swoiste przypomnienie o tym, czego się dopuścił i niemą groźbę odnośnie konsekwencji swoich akcji.
Tego samego wieczora zdał sobie sprawę z tego, z jaką nabożnością traktuje szklankę, z której pił Laurent; jak powoli obraca ją w dłoniach, jak długo skupia się na jej umyciu (należy tu dodać, że jednym z dziwactw doktora Blacka było pragnienie samodzielności, tym intensywniej manifestowane, im bardziej pogarszał się jego stan zdrowia), a potem odkłada ją na najwyższą, nieużywaną półkę, jak najdalej od krawędzi, żeby nikomu do głowy nie przyszło z niej ponownie korzystać. To była jego szklanka.
— Również chciałem je dziś zobaczyć. Podobno mają tu reprodukcję wszystkich jedenastu obrazów — niezgrabny uśmiech zamigotał na jego twarzy. Werter! Nie miał pojęcia nawet, jak bardzo to określenie do niego pasuje; w pewnym momencie rozważał nawet podzielenie jego losu. — Czy uczyni mi pan ten zaszczyt i będzie mi towarzyszył?
Mówiąc to zaproponował mu swoje ramię, nie zważając na to, czy to wypada, czy nie. Byli przecież sami...
Gdyby jednak Laurent zwierzył mu się ze swoich myśli o spaleniu galerii, Perseus wcale by go nie powstrzymywał; wręcz przeciwnie, po dżentelmeńsku zaproponowałby mu jeszcze własną zapalniczkę, wręczył mu ogień, którym mógłby obrócić w popiół dzieła tak umiłowanych przez Blacka nieszczęśników. Czyż nie właśnie o tym marzył w kontekście zielonego salonu - tego przeklętego salonu, w którym dziesiątki pokoleń przodków wbijało w niego pełne oskarżenia spojrzenie? Czyż nie pragnął spłonąć pośród rodowych gobelinów? Czy nie milej byłoby oddać swe życie pośród sztuki - nawet jeśli ta była tylko duplikatami stworzonymi na cel wystawy? Och, gdyby tak ułożyć się na podłodze i patrzeć na Gwieździste niebo, gdy wokół szaleje pożoga? Nie miałby nic przeciwko śmierci w płomieniach, jeśli to stojący obok niego młodzieniec byłby przyczyną pożaru. W pewnym sensie już przez niego płonął.
— Dlaczego pan tak uważa? — zapytał łagodnie; jego baryton oscylował na granicy mowy i szeptu, nadając Perseusowi delikatności. — Wyobrażam go sobie stojącego tutaj, pomiędzy swoimi obrazami, ocierającego łzy wzruszenia, gdy zdaje sobie sprawę, jak wiele ludzi umiłowało jego sztukę. Czy nie jest to szczęśliwe zakończenie, na jakie zasługuje? On, wzgardzony geniusz wyprzedzający swe czasy, wędrujący samotnie z płótnem po Prowansji i uwieczniający życie prostych ludzi?
Kiedy patrzył w oczy Laurenta, te zdawały skrzyć się jak krople rosy na nitkach babiego lata; odwrócił więc wzrok, obawiając się reakcji własnego ciała i tego, jak silne emocje może wywołać w nim sama tylko obecność tego mężczyzny. Jak wiele spustoszenia - zarówno w ciele, jak i na duszy - może zasiać chwila nieuwagi, jedno otarcie się o skórę, zbyt bliskie nachylenie się nad jego sylwetką, by stracić resztki swej kruchej samokontroli, poddać się uczuciom miotającym się w nim odkąd tydzień wcześniej młody Prewett zjawił się w jego domu. Och, pal licho gdyby zjawił się tylko w gabinecie, gdzieś w Lecznicy na przykład, przez którą codziennie przewijała się masa ludzi; Laurent przyszedł do jego domu. Do tej przestrzeni, która po godzinach przyjmowania pacjentów stawała się jego własną, prywatną fortecą. Tymczasem jeszcze długo po wyjściu chłopaka jego zapach unosił się w powietrzu w gabinecie oraz korytarzu. Nie był wcale taki ciężki, a mimo Perseus nie mógł wyzbyć się wrażenia, że osiada na meblach, zagnieżdża się we wszystkich zakamarkach, stanowiąc swoiste przypomnienie o tym, czego się dopuścił i niemą groźbę odnośnie konsekwencji swoich akcji.
Tego samego wieczora zdał sobie sprawę z tego, z jaką nabożnością traktuje szklankę, z której pił Laurent; jak powoli obraca ją w dłoniach, jak długo skupia się na jej umyciu (należy tu dodać, że jednym z dziwactw doktora Blacka było pragnienie samodzielności, tym intensywniej manifestowane, im bardziej pogarszał się jego stan zdrowia), a potem odkłada ją na najwyższą, nieużywaną półkę, jak najdalej od krawędzi, żeby nikomu do głowy nie przyszło z niej ponownie korzystać. To była jego szklanka.
— Również chciałem je dziś zobaczyć. Podobno mają tu reprodukcję wszystkich jedenastu obrazów — niezgrabny uśmiech zamigotał na jego twarzy. Werter! Nie miał pojęcia nawet, jak bardzo to określenie do niego pasuje; w pewnym momencie rozważał nawet podzielenie jego losu. — Czy uczyni mi pan ten zaszczyt i będzie mi towarzyszył?
Mówiąc to zaproponował mu swoje ramię, nie zważając na to, czy to wypada, czy nie. Byli przecież sami...
![[Obrazek: 2eLtgy5.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=2eLtgy5.png)
if i can't find peace, give me a bitter glory