Nie miała czasu, by przyglądać się mężczyźnie za Śmierciożercami, stąd i nie rozpoznała go, ani jako dalekiego krewnego, ani współpracownika z korytarzy Ministerstwa Magii. Skupiona na przeciwnikach i przelatujących pomiędzy nimi, a nią zaklęciach, nie dosłyszała więcej, niż „wsparcie”, o którym krzyczał brodacz. Zresztą nie miało to znaczenia, bo chociaż Śmierciożerca bez różdżki padł nieprzytomny, to nadal mieli przed sobą trzech jego kamratów.
Rowle z doświadczenia wiedziała, że zwierzęta zagonione w kozi róg, robią się dziesięć razy bardziej niebezpieczne. Sługi Czarnego Pana może i zwierzętami nie były, w końcu nie obrażajmy magicznych istot, i może nadal mieli przewagę jednego, ale w ich ruchy wkradła się nerwowość.
Musiała paść na ziemię, by uniknąć lecącego w jej stronę szyldu krawca. Jej rozproszenie wykorzystał przeciwnik stojący najbliżej i zaraz za szyldem w jej stronę poszybowała czerwona smuga.
Dwójka mężczyzn, którzy stali nieco dalej od swego kompana i Reginy, w pełni skupiła się na Trevorze. Z ich różdżek również wystrzeliły czerwone smugi drętwoty oraz inne, pośpiesznie rzucane zaklęcia pojedynkowe. Ich główną taktyką było zalanie Yaxley’a atakami, tak by ugiął się wreszcie pod ich naporem lub popełnił błąd przy odbijaniu jednego, wtedy też dosięgłoby go drugie zaklęcie.
W tym samym czasie Olbrzymka przetoczyła się po śniegu, cudem unikając utraty przytomności. Zaklęcie wbiło się w biały puch, co sprawiło, że wpadła na pomysł. Szybki gest różdżką, skupienie i proste depulso sprawiło, że śnieg poderwał się spod jej nóg i niczym nawałnica uderzył w Śmierciożercę. Nie chciała tracić tego grama przewagi, jaki być może udało się jej zdobyć, więc zaraz po tym rzuciła zaklęcie paraliżujące.