14.06.2024, 17:03 ✶
– Następnych właścicieli nie odstraszała klątwa, a złośliwy duch i ludzie – powiedziała dziewczyna z obrazu na słowa Thomasa. – To nie były przypadki – odparła monotonnym tonem na pytanie Erika. – Widziałam za mało, aby być pewną, ale wszyscy, którzy umarli, zginęli z powodu dumy mojego ojca i nienawiści Lydii Oswin, wiedźmy znad księżycowej wody.
Być może istniała jakaś klątwa – może nie. Ale same klątwy też przecież nie brały się znikąd. A oni wiedzieli już, że członkowie rodu zaczęli umierać jeden po drugim, że najpierw narzeczona dziedzica spadła ze schodów, potem utopiła się służącą, a później zaczęły umierać kolejne osoby.
Klątwę ktoś musiał rzucić.
I musiał pojawić się ku temu powód.
Potem panna z portretu zwróciła spojrzenie na Millie. Jej oczy zdawały się puste, a na twarzy nie malowała się żadna emocja. Tło obrazu było kolorowe, przedstawiało ogród Księżycowego Stawu w lecie, sukienka dziewczyny jasna i piękna. Być może kiedyś postacie z obrazu były wesołe, jak większość tych, które widywało się na hogwarckich obrazach, ale potem to, co wydarzyło się w domu sprawiło, że nawet tylko namalowane postacie nie mogły być na to obojętne.
A przecież powinny ze spokojem przyjmować rzeczy takie jak przemijanie. Nie były w końcu żywe, a ludzie starzeli się i umierali.
– Jestem podobizną Guinevre Julius – przytaknęła. Może odpowiedziałaby i na dalsze pytania, ale próba podniesienia obrazu wyraźnie się jej nie spodobała. – Skrzywdziłam moją siostrę i nie mam zamiaru pozwolić, abyście mnie do niej zabrali, skoro nie chcecie dać mi tej ostatniej przysługi.
Przesunęła się po prostu ku ramie – musiał być gdzieś przecież jeszcze jakiś portret, skoro Genevive uciekła w nocy z obrazu, a nie było jej tutaj, może przedstawiający je, a może po prostu jakiś inny obraz w tym domu, na którym mogły się skryć, jak czasem Gruba Dama na obrazie swojej koleżanki Violety.
Być może istniała jakaś klątwa – może nie. Ale same klątwy też przecież nie brały się znikąd. A oni wiedzieli już, że członkowie rodu zaczęli umierać jeden po drugim, że najpierw narzeczona dziedzica spadła ze schodów, potem utopiła się służącą, a później zaczęły umierać kolejne osoby.
Klątwę ktoś musiał rzucić.
I musiał pojawić się ku temu powód.
Potem panna z portretu zwróciła spojrzenie na Millie. Jej oczy zdawały się puste, a na twarzy nie malowała się żadna emocja. Tło obrazu było kolorowe, przedstawiało ogród Księżycowego Stawu w lecie, sukienka dziewczyny jasna i piękna. Być może kiedyś postacie z obrazu były wesołe, jak większość tych, które widywało się na hogwarckich obrazach, ale potem to, co wydarzyło się w domu sprawiło, że nawet tylko namalowane postacie nie mogły być na to obojętne.
A przecież powinny ze spokojem przyjmować rzeczy takie jak przemijanie. Nie były w końcu żywe, a ludzie starzeli się i umierali.
– Jestem podobizną Guinevre Julius – przytaknęła. Może odpowiedziałaby i na dalsze pytania, ale próba podniesienia obrazu wyraźnie się jej nie spodobała. – Skrzywdziłam moją siostrę i nie mam zamiaru pozwolić, abyście mnie do niej zabrali, skoro nie chcecie dać mi tej ostatniej przysługi.
Przesunęła się po prostu ku ramie – musiał być gdzieś przecież jeszcze jakiś portret, skoro Genevive uciekła w nocy z obrazu, a nie było jej tutaj, może przedstawiający je, a może po prostu jakiś inny obraz w tym domu, na którym mogły się skryć, jak czasem Gruba Dama na obrazie swojej koleżanki Violety.